Wielka Orkiestra Szkolnej Pomocy

Szanowny Panie Owsiak. Wiadomo – szlachetne zdrowie. Trzeba dbać, zwłaszcza o dzieciaki. Grosik do puszki warto wrzucić. Ale może pora na kolejną fundację, też dla dzieciaków. W sensie, żeby na szkoły trochę grosza zebrać. Zwróci się, także w niższych nakładach na służbę zdrowia.

Ile jest warte Ministerstwo Zdrowia, wiemy wszyscy “od zawsze”. Nic dziwnego,  że lekarze, pielęgniarki, dyrektorzy szpitali i inny personel służby zdrowia nie odrzucili ze wzgardą pomocy od nihilisty wołającego “róbta co chceta”. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że wśród wdzięcznych medyków są nawet najbardziej gorliwi wyznawcy tego o owego bóstwa, surowej moralności oraz muzyki sakralnej. No więc, panie Owsiak, podobnie jest z Ministerstwem Edukacji Narodowej.

Usługi publiczne to koszt, a nie inwestycja. Tak zdają się uważać zarówno służby rządowe odpowiedzialne, za publiczne zdrowie, jak i oświecenie. Niezależnie od tego, czy na ulicy Długiej czy alei Szucha zasiadają ministrowie z lewicy, prawicy czy kosmosu.

Zresztą – koszt, inwestycja, kogo to obchodzi? Nikt, jak się zdaje, nie policzył zwrotu z tej inwestycji wynikający ze sfinansowania ton sprzętu medycznego przez WOŚP. Kosztów zresztą też nikt nie policzył – gdyby ktoś chciał zarzucić, że ekipa z czerwonym serduszkiem serwuje naszym szpitalom i przychodniom kłopotliwy, kosztogenny prezent. Wiadomo – jeśli nie ma twardych danych, można płynąć po morzach i oceanach insynuacji i sugestii. Jeszcze mogłoby się okazać, że jednak bilans jest dodatni – cały lament na nic.

Nikt też nie liczy wymiernych korzyści wynikających z tego, że tysiące wolontariuszy przynajmniej raz do roku daje swój czas na szczytny cel. I tego, że miliony Polaków uznaje za sensowne wrzucania monety albo banknotu na wsparcie służby zdrowia. Mimo,  że większość z nas w inne dni roku wiesza psy i koty na lekarzach i innym personelu medycznym,

Liczę, że podobnie byłoby w przypadku Wielkiej Orkiestry  Szkolnej Pomocy. To znaczy, że miliony z nas wrzuciłyby dwa, pięć zyla albo i stówkę wolontariuszom zbierającym na potrzeby szkoły. Czyli na codzień narzekalibyśmy na leniwych, roszczeniowych nauczycieli, ale raz do roku zrzucalibyśmy się “na edukację”

Bo – wbrew opiniom niektórych mędrków – nie da się obecnie edukacji robić efektywnie tylko przy pomocy kredy i czarnej tablicy. 

Szczytnych celów wystarczy nam na długie lata. Pierwszym z brzegu byłby dostęp do e-podręczników. Taki prawdziwy. To znaczy ze sfinansowaniem sensownych fachowców od e-learningu, metodyków odpowiedzialnych za treści, infrastrukturą w postaci serwerów chmurowych albo usług serwerowych, szybkich łączy do szkół, dobrej sieci wi-fi w szkołach oraz sprzętu dla nauczycieli i uczniów. No i na szkolenia dla kadry pedagogicznej, żeby ta cała cyfryzacja nie była kwiatkiem do kożucha.

Albo sfinansowanie nowych sal lekcyjnych, żeby szkoły mogły mieć po 15 osób, a lekcje nie kończyły się o 17? Takich wyposażonych w tablice interaktywne, ergonomiczne ławki i stolik. Albo – ach poszalejmy – może w pufy, drabinki i hamaki, takie jak w tej fińskiej szkole, gdzie uczeń przyswaja wiedzę w warunkach innych, niż urzędniczy dryl.

To sobie – panie Owsiak – pomarzyliśmy. A z takich bardziej prozaicznych potrzeb – może kserografy i materiały eksploatacyjne? Bo na razie w wielu szkołach dostęp do kopiowania jest traktowany jako fanaberia, albo kosztochłonna konieczność.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry