Ukraińscy uczniowie w polskich szkołach

Z nauczaniem dzieci z ukraińskich rodzin (ale także białoruskich i rosyjskich) w polskich szkołach jest tak, jak z całą naszą edukacją. Bez strategii, bez wsparcia MEN, bez koniecznych narzędzi. Za to z pieśnią na ustach rządu, jak to wszystko pięknie się toczy i rozwija. A trzyma się to wszystko tylko dzięki nauczycielom.

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek po raz kolejny udowodnił, jak bardzo jest oderwany od rzeczywistości.  Zapewnił, że gdyby doszło do eskalacji konfliktu zbrojnego na Ukrainie, Polska jest gotowa, by „zapewnić możliwość edukacji w Polsce uchodźcom i Polakom, którzy studiują na Ukrainie” Rzeczywistość właśnie powiedziała “sprawdzam” i być może po ataku Rosji Putina na naszego sąsiada już za chwilę skala problemu wzrośnie. Bo nie bójmy się tego słowa. Uczniowie pochodzący z Europy Wschodniej nie są wyzwaniem dla polskiej edukacji, ale właśnie problemem.

Ilu “Ruskich” w szkole?

Na papierze skala kłopotu nie jest duża. Według danych MEiN z września 2021 roku w naszych szkołach i przedszkolach uczy się około 60 tysięcy dzieci z Ukrainy.  Najwięcej, ponad 33 tysiące w podstawówkach, a kolejne 40 tysięcy korzysta z nauki w szkołach policealnych. Według oficjalnych danych w Polsce pracuje 1,3 mln Ukrainek i Ukraińców. Z tego punktu widzenia oficjalna liczba dzieci wydaje się mocno zaniżona. Być może wynika to z modelu “ja pracuję w Polsce, a dzieci u siebie żyją na Ukrainie”. 

Jeśli podzielimy oficjalną liczbę na przykład przez sieć szkół podstawowych, wychodzi nam raptem średnio ponad dwóch uczniów na szkołę. Jednak statystyka (jak to czasami bywa) jest zwodnicza. Zwłaszcza, że w oczach polskich kolegów to często po prostu “ruscy” bez wnikania, czy ich ojczyzną jest Ukraina, czy może Białoruś albo Rosja. Ważne, że piszą bukwami, kiepsko rozumieją po polsku – zwłaszcza, jeśli trafiają do naszych szkół już w wieku szkolnym. Część z nich mówi po ukraińsku, ale dla wielu z nich językiem podstawowym albo przynajmniej zrozumiałym jest rosyjski. To wywołuje szereg problemów, na które aleja Szucha zamyka oczy, a organy założycielskie szkół radzą sobie, jak mogą finansowo. Czyli generalnie nie radzą. 

A problem być może już się zwiększył masowo w kilku ostatnich tygodniach – bo w obliczu zagrożenia wojną ten z “polskich” Ukraińców który mógł – ściągał do RP resztę rodziny. Teraz szacuje się, że po wybuchu wojny może pojawić się w polskim systemie edukacyjnym kilka razy więcej uczniów “niepolskich”. Mam mocne przeczucie, że MEN ponownie zastosuje strategię strusia.

Jak uczyć Ukraińców?

Jak to powinno wyglądać – dość dokładnie wiadomo. Wystarczy zajrzeć do jednej z licznych publikacji, zarówno opisujących rozwiązania z innych krajów, jak i sytuację uczniów-obcokrajowców w polskiej szkole. Większość z nich funkcjonuje w obiegu publicznym przynajmniej od ponad dekady. Warto zajrzeć do materiałów  Ośrodka Rozwoju Edukacji powstałych w ramach projektu „Edukacja wobec wyzwań migracyjnych”, np. raportu z badań dr hab. Krystyny M. Błeszyńskiej “Dzieci obcokrajowców w polskich placówkach oświatowych − perspektywa szkoły” z 2010 roku. Albo skorzystać z raportu “Integracja uczniów ze środowisk migranckich w szkołach w Europie.  Polityka poszczególnych krajów i stosowane rozwiązania”. Przygotowała go w 2019 roku  “unijna” instytucja EURYDICE, Sieć Informacji o Edukacji w Europie.

W szkołach europejskich mamy do czynienia z dwoma przeciwstawnymi podejściami. Albo kierowanie uczniów-obcokrajowców do oddziałów przygotowawczych dla cudzoziemców, albo od razu wprowadzani są w system edukacji, w jakim uczą się ich rówieśnicy. W pierwszym przypadku to klasy „zerowe”, w których uczniowie są  przygotowywani do życia w danym kraju i intensywnie nauczani języka tam obowiązującego, adaptują do nowych warunków. Tzw. Willkommensklassen czy Welcome Classes funkcjonują m.in. w szkołach berlińskich i części innych szkół niemieckich, w Holandii i Szwecji. W przypadku włączania od razu “świeżaków” do systemu edukacji, dostają one silne wsparcie specjalistów pracujących z uczniem na lekcji i po lekcjach – asystentów nauczyciela, mediatorów międzykulturowych, tłumaczy. To system funkcjonujący np. w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. W niektórych krajach, (np. w Niemczech, gdzie o edukacja jest w gestii landów), oba systemy funkcjonują obok siebie.

Polska fikcja systemowa

Tymczasem w Polsce udajemy, że problemu nie ma. Regulujące sposób podstępowania z uczniami-obcokrajowcami rozporządzenie MEN z 23 sierpnia 2017  r. przede wszystkim skupia się na formalnościach związanych z przyjmowaniem do szkół, jakie dokumenty, jakie procedury i tym podobne. A co ze wsparciem dla szkoły, uczniów, nauczycieli? Cóż, MEN zdaje się na “organ prowadzący” – czyli w praktyce gminy. Czyli pojawia się pierwszy problem – kasa. Jednak także od strony merytorycznej “jak” to wsparcie ma wyglądać – nie jest dobrze.

Najważniejszym elementem wsparcia wydają się być “klasy powitalne”. Jako się rzekło – problemem jest ich finansowanie czyli faktyczna dostępność. We Wrocławiu działa takich klas 17 –  w sześciu w podstawówkach – na 80 szkół podstawowych  i jednym liceum (przy ponad 100 szkołach ponadpodstawowych). A ponieważ liczba uczniów w takiej klasie nie może przekroczyć 15, daje to w sumie maksymalnie 255 uczniów we wrocławskich klasach powitalnych. Przy liczbie Ukraińców w stolicy Dolnego Śląska szacowanej na 100 tysięcy. Równie słabo wygląda sytuacja z dostępnością klas powitalnych w innych dużych miastach, które zdecydowały się je stworzyć – np. w w Poznaniu działają w trzech podstawówkach i trzech liceach. Natomiast poza wielkimi miastami klasy dla obcokrajowców to byt dość abstrakcyjny.

Równie ważnym problemem jest to, jak takie klasy mają funkcjonować. Uczeń nie jest wprowadzany w nowy język i środowisko jak w  “klasach zerowych” w Niemczech i Holandii. Po prostu normalnie realizuje podstawę programową. Mimo, że znajdują się w tych klasach 

uczniowie w różnym wieku, mówiący w różnych językach ojczystych, mających różną znajomość polszczyzny, różny staż i doświadczenie życia w Polsce, różną dotychczasową przeszłość szkolną, odmienne potrzeby rozwojowe, edukacyjne oraz możliwości psychofizyczne. A nauka “języka polskiego dla obcokrajowców” odbywa się “w wymiarze nie niższym niż 3 godziny tygodniowo”. Tak, wiemy jak czytać w tym kontekście “nie mniej niż…”. 

Ale jako się rzekło “klasy powitalne” to luksus dla nielicznych. Większości uczniów z Ukrainy innych pozostaje smutna codzienność – klasy w “regularnych” szkołach ze wsparciem dość iluzorycznym. Także za nie odpowiedzialne są samorządy. To one mają zorganizować w szkole bezpłatną naukę języka polskiego dla dzieci i młodzieży, które nie znają języka lub znają go za słabo, żeby skorzystać z nauki. Minimum dwie godziny tygodniowo. Zważywszy na ograniczenia budżetowe gmin – w praktyce oznacza to maksimum dwie godziny tygodniowo. Nie PRZED rozpoczęciem nauki w szkole – ale równolegle z nauką przedmiotów szkolnych. Jednym ukłonem w stronę migrantów jest praktyka przyjmowania ich do klasy programowo niższej, co i tak często jest tylko okresem na przeczekanie, bo nie są w stanie przyswajać na bieżąco treści lekcji.

Podobnie w przypadku zajęć wyrównawczych tam, gdzie występują różnice programowe. Czyli “z klucza” powinno się tutaj wrzucić lekcje języka polskiego, historii, WOS. MEN wskazuje limit: 1 godzina tygodniowo na przedmiot. Oczywiście z budżetu samorządu. O zajęciach dotyczących niwelowania różnic kulturowych i wprowadzania w polską kulturę – ani słowa. 

A jakieś kursy przygotowawcze, kulturowe, integracyjne, wsparcie psychologiczne dostosowane do specyfiki migrantów? Jakoś rozporządzenie nie przewiduje.

Na patologie systemowe szkoły i instytucje pozarządowe zwracały uwagę jeszcze na etapie uchwalania obowiązujących dzisiaj rozwiązań.

Jest, jak jest

A jak to wygląda w praktyce? Całość trzyma się na zaangażowaniu nauczycieli. Weźmy pod lupę teoretyczny, ale dość dobrze przystający do realiów przykład Hrihorija, ucznia czwartej klasy. Przyjechał gdzieś ze wschodniej Ukrainy, tej części, którą właśnie anektuje Putin. Jego język ojczysty to rosyjski. Ni w ząb nie mówi po polsku, słabo też rozumie. Miejsca w klasie powitalnej zabrakło o trafił do “normalnej” szkoły. Trzeba powiedzieć, że miał dużo szczęścia. W szkole, do której trafił nauczycielka języka polskiego ma za sobą podyplomówkę z nauczania języka polskiego jako obcego (kiedyś dorabiała edukując ekspatów z Zachodniej Europy). To z nią ma owe dodatkowe minimalne-maksymalne dwie lekcje tygodniowo. Na dodatek nauczycielka to rocznik 70, zatem jako uczennica miała obowiązkowe lekcje języka rosyjskiego w podstawówce i liceum. Teraz przy pomocy Internetu przypomina sobie intensywnie “bukwy”, rosyjskie słówka i dogaduje się z Hrihorijem bez większego problemu. Radzi sobie też matematyczka – translatorem Google tłumaczy polecenia i potem sprawdza tylko wyliczenia, bez wymagania odpowiedzi pisemnej. Gorzej z innymi przedmiotami. Nauczyciele mieli podobny pomysł automatycznej translacji treści sprawdzianów, ale nie byliby w stanie zrozumieć odpowiedzi. “Zresztą jak mam wymagać wiedzy o Koperniku, skoro podczas lekcji chłopak siedzi jak na tureckim kazaniu” – mówi nauczycielka historii. Hrihorij ma tak niską motywację do nauki, że nawet angielskiego nie chce mu się uczyć, z którym miał kontakt w ukraińskiej szkole. Nic dziwnego, skoro spędza kilka godzin dziennie na lekcjach, z których niewiele rozumie i na przerwach, gdzie trudno mu się dogadać z rówieśnikami. Trwają dyskusje w pokoju pedagogicznym. Co dalej? Nie klasyfikować? Bo przecież jedynkę ciężko w tej sytuacji postawić. Na razie trwają intensywne starania, żeby jednak „wcisnąć” go do „klasy powitalnej’.

Opłaci się uczyć Ukraińców

Cofnijmy się do samych podstaw – brak nam namysłu strategicznego. Oczywiście wynika to z rozpierduchy w całej koncepcji polityki migracyjnej naszego ukochanego kraju. Co jest celem edukacji dzieciaków z rodzin ukraińskich, białoruskich, rosyjskich. Czy zintegrowanie tych młodych ludzi ze społeczeństwem, z założeniem że spędzą oni w naszym kraju dorosłość? Czytaj: zostaną na stałe? Czy też może przechowanie jak najmniejszym kosztem, w nadziei, że zawiną się i wrócą “do siebie”.

W każdym z tych dwóch przypadków opłaca się zapewnić im sensowne możliwości rozwoju w polskiej szkole, zapewnienia warunków, w którym będą się dobrze czuli. Jeśli zostaną w Polsce – będą się bardziej czuli częścią tutejszej rzeczywistości. Jeśli wrócą do siebie – zostanie im w głowie ciepły wizerunek naszego kraju i społeczeństwa. To chyba lepiej, niż wypuszczać z polskiej szkoły tysiące sfrustrowanych, rozgoryczonych, niedouczonych nastolatków?

Przy takiej skali wyzwania jak obecność kilkudziesięciu tysięcy uczniów z Ukrainy, Białorusi i Rosji, wypadałoby oczekiwać sensownego programu integracji i inkulturacji. Programu, a nie działań ad hoc. Inaczej mówiąc: pieniędzy. Na przygotowanie koncepcji, materiałów dla nauczycieli, dokształcania ich, programów edukacyjnych, kursów języka i kultury polskiej, asystentów edukacyjnych i tłumaczy, wsparcia pedagogicznego, psychologicznego. Jeśli mówimy, że wojna może kilkukrotnie zwiększyć liczbę Ukraińców w polskich szkołach, to może najwyższy czas na zmiany?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry