Szkółka. O dzieciach, które miały nieoczekiwaną przerwę w nauce. | Recenzja “Wojenki” Magdaleny Grzebałkowskiej

Gustav Froese za niesubordynację bił trzcinką swojego ucznia Arthura w szkole przy oliwskim sierocińcu, wdrażając idee hitlerowskiej pedagogiki. Pani Hopcraft zgłosiła się do uczenia Minoru i jego kolegów w obozie internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia – oburzona, jak potraktowano współobywateli. Nauczycielka Janiny wciągnęła ją do Szarych Szeregów podczas tajnych kompletów. “Wojenka” to nie tylko opowieść o dzieciakach wojennego czasu – jak by nie było w wieku szkolnym, ale i o ludziach wokół. Także o nauczycielach.

Uprzedzę od razu – to nie jest książka, którą się dobrze czyta. Nie lubię takiej formy narracji. Wolę reportaże soczyste, nasycone, a może i przesycone przymiotnikami. Natomiast Magdalena Grzebałkowska składa suche, wyprane z emocji zdania. Są jak zapis protokołu z rady pedagogicznej. Może jednak taka forma jest najlepsza, żeby przedstawić grozę wojny w oczach dzieci. Przecież protokołów nie czyta się dla porywów serca, ale z konieczności. I taką książką jest właśnie “Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia”. Trzeba ją przeczytać.

Zbiór tuzina reportaży przedstawia historie ponad 20 osób, które przeżyły II Wojnę Światową jako kilku lub kilkunastolatki. Poznajemy ich w dwóch planach czasowych. Wydaje się, że ważniejsze jest  “wtedy” – tuż przed wojennym czasem, w trakcie i tuż po zakończeniu działań militarnych. Część z opisywanych dzieciaków jest wtedy wciągnięta w wir wojny jako bezpośrednie ofiary (jak mieszkańcy warszawskiego getta) albo najmłodsi żołnierze – jak “synowie pułków” idący na Berlin z frontem wschodnim. Jednak znacznie większa część bohaterów książki to dzieci, które zostały tylko (albo aż) trącone rydwanem Marsa. Cierpiały z powodu zachowań dorosłych powiązanych z wojną, ale niekoniecznie z aktywnością militarną. To ofiary wysiedleń, uchodźstwa, szaleństwa ideologicznego hitleryzmu i stalinizmu, zsyłek, ksenofobii, biedy, głodu, chorób. Wszystkie te hiobowe poniewierki wywołały wyrwanie z normalnego dzieciństwa i wrzucone w nowy, obcy świat. Co ciekawe czas pokoju nie jest pomalowany na różowo. Przedwojenne ojczyzny – Hiszpania, Rosja czy Niemcy nie są rajem. Codzienność nie jest wolna od wysiedleń, uchodźstwa, szaleństwa ideologicznego hitleryzmu i stalinizmu, zsyłek, ksenofobii, biedy, głodu, chorób. Tak, jakby wojna była tylko zmianą optyki, a nie dramatyczną zmianą okoliczności. A zmiana w dzieciństwie wywołała wojną dawała także radość, wyrwanie z monotonii, edukację, stwarzała nowe możliwości. Warto zwrócić uwagę, jak sami bohaterowie postrzegają szkołę, chęć zdobywania wiedzy, jak opisują swoich nauczycieli. Jeśli ktoś ma bliskie doświadczenia ze współczesną edukacją – może się gorzko zadumać.

O tym, że jest inaczej, świadczy “teraz” opisywane w książce Grzebałkowskiej, kiedy jej bohaterowie mają już zdecydowanie “z górki”. Autorka chyba każdego z nich poznała bezpośrednio. I w każdym przypadku widzimy, że przeszłość zdemolowała ich dusze. Moim zdaniem to właśnie ten plan czasowy jest ważniejszy. Kiedy widzimy, “co z nich wyrosło”. Jak bardzo trudno było im wejść w dorosłość metrykalną. Dojrzeć i odczuć spełnienie. Budować relacje międzyludzkie. No i wtedy najdotkliwiej zauważamy rosnącą pustkę wokół dziewczynek i chłopów. Śmierć, która dotknęła rodziców, krewnych, sąsiadów, nauczycieli. Ale także utratę poczucia przynależności – do rodziny, kraju, społeczeństwa. Można cynicznie podsumować, że wojna „dała im szkołę”, a raczej „wojenka” – „szkółkę”. W każdym absolwencie wojenne lekcje pozostały aż do dzisiaj.

Pochylamy się przy tym nad wspomnieniami, nad tym, jak wojna jest odczytywana ze starczych umysłów. Jak bardzo plączą się wspomnienia, mylą fakty, zacierają zdarzenia, odchodzą w mgłę ludzie. Autorka wskazuje te zakręty narracyjne, ale ich deprecjonuje. Przyjmuje bohaterów takimi, jakimi są. Warto o tym pamiętać, w czasach propagandy “polityki historycznej”. Nie ma jednej historii. Każdy z jej świadków ma swoją własną, a my możemy tylko badać je ze świadomością, że jedynie zbliżamy się do prawdy obiektywnej.

Jeśli miałbym coś zarzucić “Wojence”, to jest nią pisanie o wojnie z perspektywy europejskiej (z jedynym wyjątkiem USA). Przyglądamy się dzieciom rosyjskim, niemieckim, polskim, żydowskim, baskijskim. Wprawdzie Europa była głównym teatrem wojennym, ale nie jedynym. Mówimy o zjawisku, które dotknęło 80 proc globu. Zaangażowanych było 61 krajów, z czego na terytoriach 40 z nich prowadzono działania bojowe. Chętnie poczytałbym o cesarzu Akihito, który miał 8 lat w momencie ataku na Pearl Harbour. Albo o przypadkowym dziecku egipskim, algierskim, hinduskim, australijskim, kanadyjskim. Mam nadzieję, że Grzebałkowskiej wystarczy energii do kontynuacji tematu. Bo talent do wyszukiwania ciekawych historii i ciągnięcia za język ich narratorów ma wielki. I oby starczyło czasu, zanim wszyscy świadkowie “wojenki” ucichną na zawsze.

Magdalena Grzebałkowska, Wojenka, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021, s. 490. 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry