Reportaż z fabryki zła – recenzja filmu “Syn Szawła”

Jeśli ktoś będzie szukał autora ekranizacji opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, powinien koniecznie zatrudnić László Nemesa. Ten sam poziom emocjonalnego wyczerpania w sytuacji krańcowej można odnaleźć w debiucie węgierskiego reżysera. “Syn Szawła” to historia więźnia, którego nagły impuls wyrywa ze stanu zmuzułmanienia i wpędza w obsesję. A w tle nieprzerwanie działa linia produkcyjna przerabiająca ludzkie “sztuki” na kilogramy popiołu.

“Pożegnanie z Marią” było jedną z niewielu lektur licealnych, które poruszyło mną do głębi. Bardziej, niż “Inny Świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Także inne opowieści łagrowe czy lagerowe nie dotknęły mnie tak bardzo. Nie wiem, czy większe emocje wywołała u mnie treść opowiadań obozowych Borowskiego, czy biografia autora. Historia “Bety” ze “Zniewolonego Umysłu” Czesława Miłosza naturalnie domykała w mojej głowie los więźnia Auschwitz nr 119198. Samobójstwo pisarza w wieku 29 lat nie kończyło jego życia. Myślę, że umarł kilka lat wcześniej, wrzucając martwych więźniów do pieca jako członek oświęcimskiego sonderkomanndo.

Wydawało się usprawiedliwione, że przez ponad pół wieku nikt nie zabrał się właściwie za ekranizację większości opowiadań Borowskiego. Obie próby sfilmowania jego twórczości nie przekładały się na to, co najbardziej w nich istotne. Nie wchodziły też poza druty obozowe. “Krajobraz po bitwie” Andrzeja Wajdy z 1970 roku dzieje się “chwilę po” – pokazuje powojenny obóz przejściowy dla byłych “pensjonariuszy” obozowych baraków. “Pożegnanie z Marią” – Filipa Zylbera pokazuje “chwilę przed” odjazdem ciężarówek w kierunku kominów krematoryjnych. Nie ma w nich naturalistycznej, reportażowej grozy “Proszę państwa do gazu” czy “U nas w Auschwitzu”, dających na pozór obiektywną relację z fabryki śmierci. Może wszyscy twórcy filmowi uznali, że tego po prostu nie da się sfilmować? Że byłoby to zbyt odstręczające, niestrawne, może nawet groteskowe. Po prostu za mocne?

Też tak uważałem do chwili, kiedy zobaczyłem “Syna Szawła” László Nemesa. Poczułem się, jak bym wylądował wprost w gęstej narracji Borowskiego. Odnajdziemy tutaj ilustrację do całego słownika terminów obozowych. Jest “Kanada” – grupa więźniów czyszcząca ubrania zagazowanych z wszelkiej cennej zawartości. Jednocześnie jej członkowie to sonderkomanndo, posyłające do gazu zawartość przeszukanych ubrań. Pracujący w tej jednostce tytułowy Saul jest człowiekiem “zlagrowanym” postępującym według moralności obozowej. Jest też muzułmaninem – czyli “dojrzałym do komina”, zniszczonym przynajmniej psychicznie (bo fizycznie daje radę, to przepustka do trwania). Nie che mu się nawet wspominać przyjemności cielesnych, chociaż kiedyś to robił. Zagazowani to dla niego “sztuki”, które trzeba przerobić i po których trzeba posprzątać. Jest trybikiem w wielkiej śmiercionośnej maszynie. Robi swoje.

Jesteśmy z Saulem przez 48 godzin. Blisko. Twarzą w twarz na odległość kwaśnego oddechu. Albo zaraz za plecami. Widzimy to co on widzi, albo jak widzą go inni. Tło jest zwykle zamazane jak w spojrzeniu krótkowidza bez okularów. Sfokusowanie obiektywu pozwoliło uniknąć pornografii śmierci, której można by oczekiwać w tak naturalistycznym obrazie. Dlatego nastrój budują nie naturalistyczne obrazy, ale dźwięki. Huk pieców krematoryjnych, pokrzykiwania kapo, szuranie martwych ciał ciągniętych po zakrwawionej posadzce, chlapanie ścierki płukanej od ekstrementów podczas sprzątania komór gazowych. Pomieszanie wielu języków uzmysławia kosmopolityzm żydowskiej społeczności. Saul jest Węgrem, ale słyszymy też rosyjski, niemiecki, francuski, polski. Ten ostatni w niezbyt dobrych okolicznościach, więc domyślam się, że mogą pojawić się zarzuty antypolonizmu. Moim zdaniem nieuzasadnione. Tadeusz Borowski był członkiem tego samego sonderkomanndo, co Saul i nie inaczej przedstawia dehumanizację więźniów – niezależnie od narodowości i kraju pochodzenia.

Poznajemy Saula w sytuacji podwójnie dramatycznej. Z jednej strony w typowej procedurze uśmiercania zdarza się wyjątek. Można się domyślać, że to odstępstwo wybija Saula ze stanu zmuzułmanienia i popycha w obsesję. Obsesję spełnienia religijnego wymogu pochowania w ziemi wobec przynajmniej jednego z milionów ciał przeznaczonych do spopielenia. Z drugiej strony członkowie sonderkomanndo spodziewają się, że sami wylądują lada dzień w komorze spalania. Rozwija się zatem konspiracja, mająca na celu ucieczkę zagrożonych z obozu.

Część fabuły jest niejasna jak obraz w drugim planie. Czy martwy chłopak był naprawdę krewnym Saula? Co łączyło z nim Ellą, więźniarkę z sąsiedniego bloku? Czy francuski więzień był naprawdę rabinem, czy tylko ratował się za wszelką cenę? Jaka była rola chłopca z finału filmu? Czy w ślad za polską wersją tytułu należy wiązać filmowego Saula Auslandera z ewangelicznym Szawłem, późniejszym Pawłem z Tarsu?

Znaków zapytania jest więcej. Także dotyczących prawdopodobieństwa filmowych zdarzeń. Obowiązkowa rotacja więźniów z sonderkomanndo po kilku tygodniach jest fikcją. Egezmplifikacją sam Tadeusz Borowski, przebywający w Auschwitz od 1943 roku. Jednak filmowy bunt więźniów można powiązać ze zdarzeniami w Krematorium IV z października 1944 roku. Zginęła większość z 451 uciekinierów.

Saul angażuje się w spisek, ale zdaje się traktować go głównie jako narzędzie do zrealizowania własnego celu. Wydaje się, że jest szalony. Że poczucie misji jest u niego silniejsze od instynktu samozachowawczego. Kilkukrotnie Saul igra wręcz z natychmiastową śmiercią podejmując straceńcze decyzje. Zmienia bezkarnie lokalizację obozową tak często, że w głowie widza powstaje myśl: “to Niemcy mieli aż tak wielki bałagan w KL”? Szczęście jednak Saulowi zdaje się sprzyjać i z kolejnych niebezpieczeństw uchodzi cało. Nabieramy powoli przeświadczenia, że być może owa absurdalna obsesja zawiedzie go do zbawienia. Byłby to modelowy los Antygony à rebours.

Ale to mroczny węgierski dramat obozowy, a nie klarowny hollywoodzki obraz z obowiązkowym happy endem. To nic, że instynkt zachowawczy dwukrotnie okaże się silniejszy od obsesji obowiązku wobec zmarłych. To nic, że Saul znajdzie wreszcie spokój i ukojenie. Nie oczekujmy rozwiązań fabularnych na miarę “Listy Schindlera” czy “Pianisty”. Tutaj jest tylko śmierć. Nawet jeśli kończy się wśród świergotu ptaków, a nie w osypywaniu się szarego pyłu z robotniczej łopaty.

Film prezentowany podczas Transatlantyk Festiwal 2015 w bloku Transatlatyk Panorama

tytuł: Syn Szawła (Saul fia)
reżyseria: László Nemes,
scenariusz: László Nemes, Clara Royer
zdjęcia: Mátyás Erdély
czas trwania: 107 min.
produkcja: Węgry, 2015
obsada: Géza Röhrig (Saul),

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry