Trzecia herezja edukacyjna – stopnie szkolne są OK

Pełne odchodzenie od oceniania cyframi w młodszych klasach szkoły podstawowej oraz w gimnazjach umożliwia projekt nowelizacji najnowszej ustawy oświatowej. Zmiany popierają takie tuzy jak Przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN i znakomity pedagog prof. Bogusław Śliwerski, naukowiec i przedsiębiorca prof. Andrzej Blikle oraz specjalista od grywalizacji Paweł Tkaczyk. Pewnie jeszcze 10 lat temu sam bym przyklasnął temu pomysłowi i zgodził się z większością argumentów. Teraz mam wrażenie, że to kolejny rewolucyjny pomysł zupełnie oderwany od rzeczywistości.

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał 9 marca 2015 roku nowelizację ustawy o systemie oświaty umożliwiającą zmiany w systemie oceniania. Teraz czekamy na rozporządzenie Minister Edukacji Narodowej, które opisze reguły oceniania będące wyznacznikiem do wewnątrzszkolnych regulaminów oceniania. Zatem to dobry moment, aby zastanowić się, w jakim kierunku ewoluuje ten system. A dominuje opinia, że w jak najlepszym. Że ocenianie jest złe, a z dwojga złego lepsze oceny opisowe, niż klasyczne. Pozwolę się nie zgodzić z tymi głosami. Wchodzę w polemikę z “pewną taką nieśmiałością”, ponieważ zmiany chwalą szanowani przeze mnie eksperci. Postaram się jednak uzasadnić, dlaczego złagodziłem swoje potępienie dla tradycyjnych stopni szkolnych i zmniejszyłem uwielbienie dla ocen opisowych.

Po pierwsze jako mąż nauczycielki obserwuję w jaki sposób funkcjonują w szkole podstawowej trzy stosowane tam systemy oceniania: klasyczne stopnie, ocena wagowa (np. ocena ze sprawdzianu może być “ważniejsza” niż z zadania domowego) oraz obowiazujące od 1998 roku oceny opisowe. Po drugie od dwóch lat przyglądam się, jak funkcjonuje moja córka oraz jej koleżanki i koledzy oceniane cząstkowo stopniami oraz na koniec roku ocenami opisowymi. Po trzecie zajmując się od lat publicystyką oświatową zestawiam na bieżąco różne teorie na temat oceniania z relacjami różnych nauczycieli “jak to działa”. A działa nienajlepiej.

Dlatego moim skromnym zdaniem większość argumentów za cząstkowymi ocenami opisowymi lub zupełnym zniesieniem ocen, to strzelanie kulami w spróchniały płot. Nie uważam, że był idealny obowiązujący w czasach mojej edukacji system oceniania oparty o czterostopniową skalę ocen (2-5). Wprowadzenie w 1991 roku sześciostopniowej skali (1-6) poszerzonej o dopuszczający i celujący było bardzo sensowne. Teraz chyba jednak wylewamy dziecko z kąpielą.

Co się zmieni w ocenianiu?

W systemie nauczania zintegrowanego czyli w klasach I, II i III szkoły podstawowej od kilku lat funkcjonuje obowiązkowa ocena opisowa na koniec roku. Co oznacza, że w ciągu roku szkolnego obowiązywał szkolny system oceniania. A ten mógł opierać się na cząstkowych ocenach opisowych, stopniach lub innych formach oceniania (np. symbolami graficznymi). Teraz – jak słyszymy – oceny opisowe w nauczaniu początkowym mają być obligatoryjne. Ustawowo zostanie wprowadzona możliwość oceny z komentarzem także w klasach starszych czyli od klasy IV “w górę”. Informacja o planowanych zmianach przekazana przez “Gazetę Prawną” wywołała wybuch entuzjazmu w bardzo różnych kręgach komentatorów. Pochwały znajdziemy u prof. Śliwerskiego przywiązanego do tradycyjnego systemu wartości. Nic dziwnego, Pan Profesor był przed laty jednym z orędowników wprowadzenia ocen opisowych. Ale także u Pawła Tkaczyka, który chyba najchętniej wyrzuciłby do kosza cały stary świat, w którym nie stosuje się wyznawanych przez niego zasad grywalizacji.

Do czego potrzebne są oceny?

“Gdy celem oceny jest pozyskanie informacji, co danemu człowiekowi, studentowi, uczniowi… jest potrzebne do rozwoju, stopnie są przeciwskuteczne” – pisze prof. Blikle. Powiem więcej – zarówno oceny klasyczne, jaki i opisowe nie są zupełnie od tego, żeby określać, co jest potrzebne do rozwoju młodego człowieka. Od tego są rodzice, psychologowie szkolni, doradcy szkolni i zawodowi. Ocenianie w szkole po prostu do czego innego służy, niż myśli znakomity przedsiębiorca.

A do czego w szkole potrzebne są oceny? A to zależy komu. Gra z ocenianiem w szkole rozgrywa się w trójkącie nauczyciel-uczeń-rodzic. W relacji nauczyciel-uczeń ocena ma spełniać funkcję informującą (“na ile wiesz i umiesz, co powinieneś wiedzieć i umieć”) oraz motywującą (“pracuj lepiej lub pracuj tak dalej”). W relacji nauczyciel-rodzic ocena spełnia funkcję informującą (“na ile Państwa dziecko spełnia lub nie spełnia założone cele”). W relacji rodzic-uczeń spełnia funkcję wychowawczą (“za dobrą pracę w szkole należy się nagroda, za złą – kara”). Analogicznie w przypadku oceny z zachowania mówi ona, na ile uczeń przestrzega reguł formalnych wyznaczonych w szkole. Punktem odniesienia w przypadku oceny wiedzy i umiejętności jest zawsze minimum programowe do danego przedmiotu w danej klasie, które mówi co dany uczeń spełnić, żeby ocena była uznana za pozytywną.

Aby prawidłowo działała funkcja informacyjna konieczny jest wspólny język. Pewność nadawcy komunikatu, że odbiorca odpowiednio go rozumie i interpretuje. Oraz zaufanie do oceniającego, tego że ocena jest sprawiedliwa. W przypadku dobrze działającej funkcji motywacyjnej ważna jest skuteczność – na ile ocena sprawia, że uczeń się poprawia lub utrzymuje dotychczasową jakość pracy. W przypadku funkcji wychowującej liczy się, czy spełniła swoją rolę funkcja informacyjna oraz na ile jakość pracy dziecka w szkole i wiarygodność oceny jest ważna w procesie wychowawczym dla rodzica.
Nowelizacja ustawy ma wpłynąć na poprawę wszystkich tych funkcji systemu oceniania. Czy rzeczywiście tak wiele automatycznie się poprawi?

Lepsza informacja?

Justyna Sadlak z biura prasowego MEN mówi w “GP””, że nauczyciel “powinien opisać, co i jak uczeń musi poprawić, i jak ma się dalej uczyć”. Będzie musiał poinformować, w czym dane dziecko jest dobre, ale także wskazać, jakie popełnia błędy. Chwileczkę. Ocena cząstkowa, jak sama nazwa wskazuje jest jednak przecież oceną jakości pracy wąskiego wycinka wiedzy i umiejętności. Czy jeśli teraz rodzic lub dziecko bierze do ręki kartkówkę z ortografii na literę “ó” i widzi, że na 15 słówek trzy są poprawne, to nie dowiedzą się z czym jest kłopot? Albo jeśli zobaczą, że koślawo napisana litera B w zeszycie ćwiczeń wywołała jedynie ocenę “dostatecznie”, to potrzebny mi jest jeszcze jakiś dodatkowy komentarz nauczyciela?

Myślę, że teraz może być przeciwnie. Ma rację prof. Śliwerski, że dobre ocenianie opisowe jest trudne. Może wystąpić problem ze “wspólnym językiem”. W klasycznej ocenie stopniowej nauczyciel, rodzic i uczeń wie, że “szóstka” to uczeń celujący, wybitny”. A “dwójka” to dopuszczający – czyli uczeń spełnił oczekiwania na najniższym z możliwych poziomów. W przypadku mojej córki nazewnictwo ocen cząstkowych się różni, ale też jest intuicyjne. Chociaż też jeden z ojców ostatnio wspomniał czy najwyższa ocena to “znakomicie” czy “wzorowo”. A im więcej słów, tym możliwość interpretacji większa. Założenie, że w ocenie cząstkowej mają się pojawić o sformułowania pozytywne “co się udało” i negatywne “co do poprawy” może wywołać szum informacyjny. Rodzic i uczeń mogą sobie pomyśleć, no w sumie akurat to wypadło kiepsko może nie jest aż takie ważne – i osiądą na laurach.

Problem z ocenami opisowymi jest też taki, że trzeba umieć je czytać, znać punkt odniesienia. W ocenie opisowej występują wyrażenia obiektywne “potrafi”, “umie” z wyrażeniami subietywnymi “zawsze”, “stara się” itd. Kiedy na koniec roku pojawia się w niej informacja, że dziecko “opanowało dodawanie i odejmowanie do 20” to nie wiadomo z góry, czy to dobrze czy źle. Czy w stosunku do podstawy programowej jest to zgodnie z oczekiwaniami, czy też powyżej lub poniżej wyznaczonego celu? Większość rodziców zapewne zaskoczy, że sygnałem do poprawy jest sformułowanie w ocenie opisowej, że dziecko robi coś “zwykle” lub “stara się robić”.

Lepsza motywacja?

A kwestie motywowania? Informacja o tym co dziecko wie, a czego nie wie “pozytywnie wpłynie na jego funkcjonowanie w szkole i motywację do dalszej nauki” – przekonuje Justyna Sadlak z biura prasowego MEN. W artykule w GP jest przytoczona opinia ekspertów Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Poznaniu. Ich zdaniem system oceniania nie powinien karać i nagradzać, a tylko motywować do pracy. Czyżby eksperci chcieli przez to powiedzieć, że kara i nagroda nie są motywujące, np. do lepszej nauki? To jednak jakoś kłóci mi się z rysem psychologicznym mojej córki i wszystkich jej koleżanek.

Motywowanie do pracy to nie taka łatwa sprawa. Wiedzą o tym świetnie nie tylko rodzice i nauczyciele, ale także managerowie. Dlaczego takie to trudne? Bo różnych ludzi motywują inne impulsy. Profesor Śliwerski chciałby, żeby dziecko nie traktowało oceny jak nagrody do zdobycia, jak większych lub mniejszych pieniędzy do zarobienia. Sęk w tym, że dla kilkulatka zdobycie trofeum to bardzo silna motywacja. Nawet takiego, jak dobra ocena. Być może, jak przekazuje przekonuje prof. Śliwerski, w starszym wieku dzieciom łatwiej się przystosować do warunków konkurencji. Jednak nauczanie wygrywania i przegrywania oraz konsekwencji za tym idących to przecież bardzo ważny element wychowania, prawda? Utopią jest przy tym przekonywanie, że samym mądrym opisem nawet ze współpracą rodziców uda się stworzyć zachętę do uczenia.

Mniej szufladkowania?

“Ocenianie przy pomocy stopni to wynik przekonania, że ludzi da się ustawić w szereg od najgorszych do najlepszych” – twierdzi prof. Blikle. Czyli powinniśmy do każdego ucznia podchodzić indywidualnie? Traktować sprawiedliwie? Jestem za. Tylko czy klasyczne oceny cząstkowe uniemożliwiają indywidualne podejście i automatycznie wymuszają szufladkowanie uczniów? I z drugiej strony – czy wprowadzenie ocen opisowych wykluczy tworzenie rankingów uczniów oraz tworzenie mechanizmów wykluczenia, ostracyzmu?

Tutaj dochodzimy do najważniejszego ogniwa w systemie oceniania – czyli człowieka. Od jego zaangażowania w pracę, tego na ile ma czas i ochotę pochylić się nad uczniem zdolnym i wymagającym. Na ile obiektywnie ocenia uczniów, ich efekty w pracy w stosunku do możliwości. Nauczyciel to nie maszynka do oceniania. To żywy człowiek – albo nadający się do zawodu, albo nie.

Są obszary edukacji szkolnej, w których przy ocenianiu uczniów większą wagę ma czynnik obiektywny. Matematyka, ćwiczenia z gramatyki języka obcego, ortografia. Tam subiekywne spojrzenie nauczyciela dotyczy ewentualnej wagi danej oceny i ostrości w kryteriach – jaki procent prawidłowych rozwiązań uznajemy za mniej lub bardziej satysfakcjonujący. I tutaj wprowadzenie cząstkowej oceny opisowej niewiele zmienia. Tutaj widać czarno na białym co “wyszło” dobrze, a co źle.

Mamy obszary, w których czynnik subiektywny przeważa. Sprowadza się do oceny nauczyciela “ładnie” – “brzydko”, “podoba mi się – nie podoba mi się”. To wszystkie obszary umiejętności artystycznych, odpowiedzi ustne oraz wszystkie pytania otwarte. Stąd w egzaminach zewnętrznych pojawiają się tak często krytykowane “klucze” – jakie informacje trzeba zawsze w odpowiedzi, żeby pytanie zostało zaliczone. I tutaj wprowadzenie oceny opisowej niewiele zmieni. Jeśli ktoś wcześniej w odczuciu uczniów zbyt często stawiał “jedynki” to nie poprawi swego postrzegania uczniów od wprowadzenia oceny opisowej..
Podobnie w przypadku mechanizmów wykluczenia. Wystarczy, żeby nauczyciel puszczał co jakiś czas komentarze “a Krysia jak zawsze ostatnia” albo “A Stasiu jak zawsze napisał najlepiej” i mamy fundament do budowania ostracyzmu.

Szkoła przyjemności

A może zupełnie odejść od ocen? Zbudować system tak, żeby nauka była jedynie przyjemnością, realizowaniu pasji? Taki, gdzie ważna jest motywacja wewnętrzna, a zewnętrzna nie liczy się wcale? Prof. Blikle twierdzi: “gdy celem oceny jest pozyskanie informacji, co danemu człowiekowi, studentowi, uczniowi… jest potrzebne do rozwoju, stopnie są przeciwskuteczne”.

Zachwyca się pewną angielską szkołą, w której “nie tylko nie ma stopni, ale też nie ma lekcji w tradycyjnym sensie, ani nawet obowiązku pozostawania w klasie w czasie zajęć”. Lekcje są na tyle ciekawe, że uczniowie wolą w nich uczestniczyć, niż wyjść na korytarz. Pomijam fakt, że wielu nauczycieli, których spotkałem na swojej ścieżce edukacyjnej prowadziło zajęcia arcyciekawie, mimo że obowiązywała klasyczna skala ocen. Ba, na wykładach prof. Waldemara Łazugi nwet co bardziej wyluzowani studenci odkładali Przegląd Sportowy, żeby posłuchać wykładów o historii XIX wieku. A zdać egzamin u profesora Łazugi nie było łatwo.

Ważniejsze jest to, że jako ideał wskazywana jest szkoła, w której przynajmniej w oczach prof. Bliklego nie ma reżimu obowiązków szkolnych – czasami przyznaję dość przykrych. Można by powiedzieć – szkoła marzeń Pawła Tkaczyka. Jego zdaniem uczenie się nie powinno być nudne i łatwe. Powinno opierać się głównie na zabawie. Kiedyś został zapytany, czy wolałby aby jego chore dziecko operował chirurg po ciężkich, trudnych i miejscami nudnych studnia medycznych, czy po kursach e-learnigowych opartych o zabawne filmiki na YouTube. Odparł, że wybiera wariant numer dwa. Serio? No ja jednak poproszę bramkę numer jeden.

Świat pasikonika

Moim zdaniem jest to konflikt dwóch filozofii myślenia o życiu. Przez analogię do znanej bajki – świata mrówek i świata pasikoników. Sposób myślenia prof. Blikle i Pawła Tkaczyka to myślenie, że wszyscy jesteśmy pasikonikami. Że mrówka, która żmudnie i nudnie wykonuje swoje zajęcie nie jest już potrzebna w nowoczesnym świecie. Że trzeba rozwijać we wszystkich uczniach pasikoniczą kreatywność, spontaniczność i brak przywiązania do rutyny.

Nie znaczy, że pasikoniki nie są w społeczeństwie potrzebne. Artyści, programiści, specjaliści od grywalizacji. Oni wszyscy są ważni. Ale istotne są też mrówki. Ważny jest też mleczarz, który codziennie rano zerwie się, żeby wydoić mleko na śmietankę do cukierni pana Bliklego. Ważna jest też pani na kasie w Biedronce albo w Piotrze i Pawle, która sprzeda ciastko panu Tkaczykowi. Oni wszyscy potrzebują przekazywania przez system edukacyjny kluczy do świata mrówek, a nie pasikoników. W ich świecie zerojedynkowy system “kij” albo “marchewka” jest normalnością. A statystycznie w szkołach podstawowych dominują przyszłe “mrówki”. Zatem powszechne wprowadzenie systemu bez ocen do szkoły podstawowej jest utopią. Potrafię sobie wyobrazić taki system na poziomie studiów – a i w tym przypadku tylko wyjątkowych (takich jak na Akademii Sztuk Pięknych wspomnianej przez prof. Blikle). Bez problemu potrafię można wprowadzić też taki system w elitarnym gronie szkół społecznych (jedna – może dwie takie szkoły w dużym mieście). Ale pomysł odejścia od tego systemu zaszkodziłby przede wszystkim samym uczniom.

Są po prostu tacy uczniowie, którzy nie będą uczyli się z chęci zdobywania wiedzy, poszerzania horyzontów. Muszą być poddani presji, także presji ocen. Polecałbym entuzjastom swobodnego inspirowania do nauki, aby odwiedzili łódzkie Bałuty, poznański Łazarz czy warszawską Pragę. Pewnie są tam perełki z pędem do edukacji, które wychwalaliby w nowelach Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Jednak w większości takich miejsc najczęściej bałamutną okazuje się teoria prof. Bliklego, że nieprzygotowanie się do fajnie prowadzonych zajęć wzbudza w uczniach poczucie obciachu i dlatego będą się pilnie przygotowali do lekcji. Znacznie bardzie motywujące będzie chęć uchronienia się przed “jedynką”. Albo chęć pochwalenia się lepszą oceną. Oczywiście jeśli rodzice nie są jeszcze na tyle zdemoralizowani, że mają w głębokim poważaniu wyniki dziecka w nauce.

Co gorsza wizja prof. Blikle przeżyła bolesne zderzenie z rzeczywistością. Próbował stosować ja w zarządzaniu firmą. Niestety efekty były na tyle nieskuteczne, że rodzina Blikle odsunęła go od kierowania siecią cukierni i wynajęła “klasycznego” managera. Ktoś może powiedzieć, że to wina wysokich podatków, systemu państwowego etc. To prawda, warunki w Polsce są mało przyjazne prowadzeniu firmy. Jednak czy tym bardziej “nowatorskie” metody zarządzania nie powinny stać się przewagą konkurencyjną?

Kto ocenia oceniających?

Mało się o tym mówi, ale w pewnym momencie następuje weryfikacja tego, jak ocenia swoich uczniów nauczyciel. Ta chwila to zderzenie, na ile ocena wewnątrzszkolna pokrywa się z oceną zewnętrzną – czyli sprawdzianem na koniec klasy szóstej czy egzaminami gimnazjalnymi lub maturalnymi. Dyrektor szkoły świetnie wie, na ile dany nauczyciel ocenia “łagodnie” – czyli zapewne oceny zewnętrzne będą gorsze niż na świadectwie, a na ile ocenia “surowo” – czyli zapewne oceny zewnętrzne będą lepsze. Także dla samego nauczyciela ocenianie może być narzędziem do samooceny pracy (na ile moja praca z uczniami daje pozytywne efekty).

Za chwilę pojawi się jeszcze jedna część układanki do systemu oceniania. Mowa o budowie systemu zbierania informacji o edukacyjnej wartości dodanej. Jeśli nauczyciel otrzyma na wstępie wiedzę o tym w jakim punkcie wyjścia jest dany uczeń, to będzie w stanie nie tylko monitorować jego postępy w nauce, ale i oceniać go bardziej stosownie do jego indywidualnej sytuacji.

Sebastian Szczęsny

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry