Po co uczyć historii w szkole?

Nie wiesz, co odnowił Kazimierz Odnowiciel, a jakie śmiałe czyny stoą za Bolesławem Śmiałym? Nic ci nie mówią daty 5 listopada 1916 r., i 3 czerwca 1918 r.? Nie jesteś w stanie wymienić żadnej bitwy Rzeczpospolitej w XVII wieku? Nie ma wielkiej straty. Mimo, że wymieniłem fragmenty podstawy programowej do podstawówki. Bo nie o to chodzi w historii, żeby wykuć na blaszkę setki informacji. To tylko dane, które w każdej chwili można wygooglać.

Och, uczenie historii jest oczkiem w głowie władz, nie tylko edukacyjnych. Zwłaszcza tej zgodniej z aktualną polityką historyczną państwa. Teraz tych spod znaku Żołnierzy Wyklętych, pół wieku wcześniej walczących pod Lenino, a jeszcze pół wieku wcześniej – tych z Pierwszej Brygady. Politycy zatem uważają, że misją nauczania historii w szkole jest krzewienie postaw patriotycznych wśród dzieci i młodzieży.  Oczywiście tak, jak ją rozumieją oni sami.

Skoro historia jest ważna, powinno być jej w szkole “wincyj, wincyj, wincyj”. W efekcie puchną podręczniki, programy nauczania, nauczyciele zapylają jak małe motorki, żeby wyrobić się z programem. I gubią w tym pędzie to, co jest najważniejsze w nauczaniu – nie tylko historii. Sens, cel i pomysł na dotarcie do uczniów.

Oczywiście nie wszyscy nauczyciele historii uczą jej na zasadzie kopiuj-wklej z programów dołączonych do podręczników. Nawet oni jednak opierają się na podstawie programowej, której próbkę wskazałem zaraz na początku tekstu. Najodważniejsi tylko pozwalają sobie na ignorowanie zapisów – jak by nie było – prawa. Dla laika zresztą podstawa wygląda dość niegroźnie. Cóż jest złego w “rozpoznawaniu charakterystycznych cech kultury baroku, odwołując się do przykładów architektury i sztuki we własnym regionie?”. Albo w  “umieszczaniu w czasie i opisywaniu najważniejszych wydarzeń w dziedzinie polityki wewnętrznej ostatnich Jagiellonów”?

Jako absolwent studiów historycznych powiem – w tym jest samo zło. Tkwi ono w samych założeniach podstawy programowej. Skupmy się na czasownikach, a nie na rzeczownikach użytych w dokumencie. Uczeń głównie według autorów podstawy “rozpoznaje”, “charakteryzuje”, “wymienia”, “przedstawia”, “umieszcza w czasie”. Czyli mówiąc krótko – wykazuje się znajomością danych historycznych. Bo nazwiska i życiorysy władców, wodzów czy naukowców to tylko dane. Daty i miejsca bitew, odkryć naukowych, dokonań cywilizacji i kultury – to tylko dane. Znajomość takich terminów, jak “unia realna”, “politeizm”, “Kulturkampf” – to tylko dane. I to dane w dzisiejszej rzeczywistości znajdujące się w zasięgu palca wskazującego.

No to zastanówmy się. Po co wtłaczać dzieciom i nastolatkom te dane. Nawet jeśli wtłaczanie odbywa się w super atrakcyjny sposób. Może szybciej zapamiętają, że gotyk ma strzeliste okna, kiedy zabierzemy je do pięknej katedry. Może łatwiej będą kojarzyli, że Atena była boginią mądrości, a Apollo zajmował się sztukami pięknymi, jeśli zróbmy dramę z bogami antycznej Grecji. Na pewno wśród części uczniów może obudzić miłość do historii, w wyniku czego pójdą na studia na historię czy archeologię. Może zainspiruje innych uczniów do poszerzania horyzontów i wyboru w przyszłości innych studiów humanistyczno-społecznych.

Pytanie tylko, po co takie wykuwanie danych historycznych potrzebne jest przyszłym inżynierom Big Data, biotechnologom walczącym z kolejnymi wirusami, ekspertowi od naprawy lodówki albo malarzowi pokojowemu? Przyda się tylko w teleturniejach typu Milionerzy i… przy wsparciu swoich dzieci podczas uczenia się historii w szkole.

Za to są takie zalety historii, które trudno zastąpić innym przedmiotem. Przede wszystkim myślenie historyczne. Czyli umiejętność wyłapywania związków przyczynowo skutkowych. Albo krytyczna analiza źródeł, ustalanie ich wiarygodności, porównywanie narracji z różnych źródeł. Tudzież odróżnianie stwierdzeń faktów od opinii i propagandy (serdecznie pozdrowienia dla Galla Anonima i Wincentego Kadłubka). To wszystko może się przydać w codziennym życiu każdego z nas – niezależnie od profesji i poziomu wykształcenia. Bo wygooglać albo znaleźć w mediach społecznościowych można niemal wszystko. Ustalić jednak, co jest fake newsem, postprawdę czy zwykłą propagandą oraz wybijanie się z bańki informacyjnej jest znacznie trudniejsze.

Pytanie tylko, czy takie nauczanie historii byłoby na rękę politykom ustalającym, jak, dlaczego i po co uczymy się historii w szkole.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry