Wszystkie szkolne problemy ze zdalną edukacją

Ministerstwo Edukacji Narodowej wprowadza polską szkołę w XXi wiek zgodnie z zaleceniami z “Pana Tadeusza”. Czyli “szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie!”.Próba wprowadzenia masowego kształcenia na odległość pokazuje jak w soczewce mnóstwo problemów wykraczających poza e-learning.

Cała wielka machina MEN ruszyła, żeby wesprzeć uczniów, nauczycieli, rodziców w edukacyjnej walce z koronawirusem. Orężem w walce są głównie wypowiedzi medialne, komunikaty, zalecenia. No i kluczowe w tym systemie – prośby. Minister prosi dyrektorów szkół i nauczycieli, dyrektorzy nauczycieli, nauczyciele rodziców i uczniów, uczniowie rodziców nauczycieli i rodziców, rodzice swoje dzieci i ich nauczycieli. Mnie w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak prosić nas wszystkich, żebyśmy w tym szaleństwie zachowali ciut zdrowego rozsądku. Bo nie da się w kilka dni, a nawet miesięcy naprawić zaległości z ostatnich dekad.

Chaos prawny

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zareagowało bardzo szybko na zamykanie uczelni w związku z kwarantanną. Wydało rozporządzenie, w którym poszerza możliwości studiowania zdalnego. O tyle było łatwiej, że taki zapis w prawie dla szkolnictwa wyższego już istniał. W oparciu o te zapisy uczelnie przez ostatnie lata rozwijały platformy e-learningowe i systemy b-learningowe – czyli mieszane (“blended” – e-learning + nauka twarzą w twarz). Wiele z nich wręcz narzekało, że jedynie połowa zajęć może być nauczana zdalnie. W przypadku szkolnictwa powszechnego nauczanie zdalne funkcjonuje w prawie oświatowym jedynie w przypadku nauki polskich uczniów za granicą i kształcenia ustawicznego. Szkoły podstawowe i ponadpodstawowe funkcjonują w próżni prawnej. To, co nauczyciele robili do tej pory on-line,funkcjonuje na zasadzie dobrowolności, eksperymentu. No i ryzyka. W końcu nauczyciel to funkcjonariusz publiczny i grozi mu za to zarzut o przekroczenie uprawnień. Pamiętacie akcję Dom to nie filia szkoły”, gdzie rodzice protestowali przeciw zadaniom domowym, bo prawo takiej opcji nie przewiduje? No właśnie.

Oderwanie MEN od rzeczywistości

Kolejni ministrowie edukacji narodowej wielokrotnie udowadniali, że urzędnicy gmachu przy alei Szucha dawno już opuścili granice Układu Słonecznego i szybko zmierzają w kierunku centrum Galaktyki. Nie znają szkoły, nie wiedzą, jakie są ich możliwości i potrzeby, specyfika pracy. Minister Piontkowski po raz kolejny udowodnił to w “przygotowaniu szkół do zdalnego nauczania”. Na czym to przygotowanie ma polegać? Po pierwsze – na diagnozowaniu sytuacji przez dyrektorów szkół. Czyli pytanie o coś, do czego zwykły Kowalski dojdzie na podstawie wiedzy ogólnej, bez uruchamiania machiny edukacyjnej. Po co dyrektor ma sprawdzać, czy “szkoły mają kontakt za pośrednictwem internetu ze wszystkimi uczniami/słuchaczami, rodzicami i nauczycielami  oraz czy posiada ich aktualne numery telefonów”. Nie, nie mają. W każdej szkole zdarzają się rodzice i uczniowie, którzy nie odczytują wiadomości z dziennika elektronicznego. Albo z powodów dysfunkcji rodziny, albo z powodów materialnych.

MEN oczekuje także, że szkoła zajmie się przygotowaniem “możliwości zdalnej realizacji programów nauczania np. z wykorzystaniem komunikatorów, grup społecznościowych, poczty elektronicznej, platform edukacyjnych, dziennika elektronicznego;? Zastanawiam się, w jaki sposób miałoby to się odbywać? Bo możliwości są – istnieją narzędzia e-learningowe już czekające do wykorzystania. Chodzi o możliwości techniczne – dostęp do sprzętu i łączy przesyłowych. Wyobraźmy sobie rodzinę z dwojgiem dzieci. Nawet jeśli każdy członek rodziny ma smartfona – nie jest to urządzenie odpowiednie do e-learningu. Załóżmy więc optymistycznie, że w domu jest na wyposażeniu domowy laptop. A nawet – szalał pies – dwa laptopy. Jeśli rodzice pracują w systemie home office – nie da się sensownie podzielić tym sprzętem. Nie mówiąc o szybkości łącza Interneowego, dzielonego wtedy na kilka połączeń. A nich jeszcze jedno z rodziców jest nauczycielem – “możliwość zdalnej realizacji programów nauczania” wyczerpuje się definitywnie.

Co dyrektor placówki ma zrobić? Kupić szkolne laptopy z Internetem szerokopasmowym dla nauczycieli i uczniów z rodzeństwem? Za co? W sytuacji, kiedy brakuje pieniędzy w wielu szkołach na ksero i środki czystości? No i taki drobiazg w sytuacji kwarantanny, jak zobowiązanie dyrektorów szkół do zmian w statutach i szkolnych systemach oceniania. Rada pedagogiczna uchwalająca zmiany w czasie kwarantanny? Serio? 

Model szkoły XIX wieku

Epidemia koronawirusa pokazały nam, jak bardzo polska szkoła jest daleko od rzeczywistości XXI wieku. Że jest nastawiona na przyswajanie pamięciowe wiedzy akademickiej. Bez znaczenia, czy wymagane przez nauczycieli w murach szkoły, czy on-line. Że funkcjonuje w modelu nauczyciel – nadawca, uczniowie – odbiorcy. Bez samodzielnego zdobywania wiedzy i umiejętności przez uczniów. Że zaniedbany został aspekt socjalizacji i budowania miękkich kompetencji. Że nowoczesne technologie traktowane są przez szkoły jako zło konieczne i nie są powszechnie wdrażane technologie wykorzystywania smartfonów w murach szkoły, weryfikacji informacji z Internetu, komunikacji on-line. I stąd bierze się ten cały problem z e-learningiem. Szkoła, która zakazuje smartfona, nagle oczekuje, że uczeń będzie z niego korzystał do nauki? Nauczyciele potępiający gry elektroniczne nagle mają wykorzystywać mechanizmy grywalizacji on-line? Uczniowie przyzwyczajeni do nauki 3xZ nagle mają samodzielnie zdobywać wiedzę? Nauczyciel, który wymaga absolutnej ciszy na lekcji, nagle ma łączyć się z uczniami podczas wideokonferencji?  Wszyscy jesteśmy więc pogubieni w tym XXI wieku.

A reszta świata patrzy na nas jak eksponat z muzeum. Wystarczy poczytać komentarze na Facebookowej grupach o e-learningu. Fachowcy od nauczania zdalnego kompletnie nie rozumieją, z czym borykają się szkoły. Nic dziwnego, zwykle pracują z biznesem i szkolnictwem wyższym, które na wejście do XXI wieku nie czekały na koronawirusa. Tak, wiem – może się obrazić dość szerokie grono nauczycieli, które opuściły granice Rzeszy z czasów Bismarcka i maszerują w stronę Finlandii. Jednak ich działania są jak pływanie w kisielu – wbrew systemowi, a nie zgodnie z obowiązującym powszechnie modelem.

Kompetencje nauczycieli

Przez media społecznościowe przewala się fala hejtu wobec nauczycieli, którzy zobowiązani przez dyrektorów szkół zaczęli wysyłać uczniom numery zadań z podręcznika do rozwiązania. “Nie na tym polega kształcenie na odległość” – pisali wkurzeni rodzice. To prawda, ale skąd nauczyciele to mają wiedzieć? W ilu z nich samorządy zorganizowały wcześniej szkoleniowe rady pedagogiczne związane z e-learningiem? Jak wyglądało przygotowanie do kształcenia on-line przez MEN? W ilu programach studiów specjalności i kierunków pedagogicznych jest moduł kształcący nauczycieli z metodologii i technik e-learningowych? Cała wiedza o kształceniu na odległość do tej pory była przyswajana przez nauczycieli na zasadzie ciekawostki, a teraz MEN wprowadza je na chybcika, w oderwaniu od realnych kompetencji nauczycieli.

Uwaga – tutaj znajdziesz proste narzędzia do szybkiego zorganizowania lekcji on-line.

Pensje nauczycieli

Z kształceniem z nowoczesnych technologii wiąże się też kwestia nauczycielskich płac. Tak, większość społeczeństwa ziewa w tej chwili znudzona. Znowu roszczeniowi nauczyciele narzekają na pensje. Jednak niskie płace mają wpływ na kilka aspektów związanych z e-elaringiem. Po pierwsze starzenie się kadr. Ściąganie emerytowanych nauczycieli może i zakopało dziurę w podaży na rynku pracy. Ale czy sprzyja nowoczesnym technologiom zatrudnianie nauczycieli, którzy próbują pisać markerem po tablicy interaktywnej? Inna rzecz to siła nabywcza nauczycieli. Może MEN zapytałby raczej, ilu z nich stać na szybkiego laptopa i łącze światłowodowe? No i kwestia motywacji – nawet jeśli nauczyciel ma szybkie łącze – dlaczego ma je udostępniać za free pracodawcy, który płaci mu za mało? Dlaczego ma dokształcać się z e-learningu na własną rękę, skoro szkoła płaci tyle, co sprzedawcy w supermarkecie?

Czas pracy nauczycieli

Ciekaw jestem, czy ktoś mierzy czas pracy nauczycieli w nauczaniu zdalnym. Nawet sami nauczyciele po prostu zapylają jak małe motorki, nie zawracając sobie tym głowy. Za to niektórzy dyrektorzy szkół – jak najbardziej. Zobowiązują nauczycieli, żeby wysyłali w danym dniu i tylko w tym dniu materiały dla uczniów odpowiadające planowi lekcji, No i oczekują dokumentowania działań. Domyślnie mieć podkładkę do rozliczania czasu pracy. Zatem dzieciaki np. odbywają lekcje WF pisemnie albo dostają materiały w dzienniku elektronicznym do odbycia lekcji wychowawczej.

Brak profesjonalizmu MEN

Działania MEN związane ze zdalnym nauczaniem to czysta partyzantka – ale nauczyciele świetnie wiedzą, że to nie wyjątek, a reguła w działaniu władz oświatowych. Jednym z niewielu konkretów poza trzepaniem językiem było uruchomienie serwisu Zdalne lekcje. Widać po nim, że był tworzony na kolanie i na potrzeby chwili. Twórcy zebrali to, co mieli do dyspozycji. Są więc w nim treści wartościowe – jak niektóre materiały do historii. Są i kuriozalne materiały,  w oderwaniu od podstaw programowych, programów nauczania, umiejętności i możliwościach – typu lekcje o układzie słonecznym z języka angielskiego dla czwartoklasistów w podstawówce. Zadania do wykonania na platformie przez uczniów trudno jest wykorzystywać w pracy z uczniem. Nie da się zapamiętać odpowiedzi i wysłać linka, albo nawet skopiować rozwiązanego zadania do schowka, żeby wysłać mejlem lub wiadomości w e-dzienniku. Okazuje się, że nawet oddolne inicjatywy on-line organizowane przez samych nauczycieli są bardziej użyteczne, zarówno pod względem treści, jak i technologii wykonania. Może więc czas (ponawiam mój apel) zlikwidować MEN?

Zachowajmy zdrowy rozsądek

To oczywiście nie wszystkie problemy polskiej szkoły, które pokazała sytuacja ze zdalnym nauczaniem. Można by jeszcze wyliczać długo. Tyle że to bezproduktywne. Dlatego proszę wszystkich cierpliwie, niczym minister Piontkowski.

Po perwsze – rozmawiajmy ze sobą (on-line). Uczniowie – postarajcie się wykorzystać na maksa korzyści z nowej sytuacji, Skupcie się przede wszystkim na tym, co Was interesuje, mówcie o tym rodzicom i nauczycielom. Piszcie, które nowe narzędzia on-line się sprawdzają, a które nie. Rodzice – zamiast hejtować leniwych nauczyiecli – zapytajcie ich, dlaczego zrobili coś tak, a nie inaczej. Są między młotem (oczekiwania dyrekcji i MEN), a kowadłem – realnymi możliwościami działania. I starają się pod tym ciśnieniem odnaleźć dobro dziecka. Nauczyciele – zamiast narzekać na brak zrozumienia u uczniów, opisujcie jak wyglądają realia Waszej zdalnej pracy. Dyrektorzy szkół – miejscie odwagę odpisać do MEN, że w obecnych warunkach materialnych i organizacyjnych nauczanie zdalne może być tylko dobrowolne i “na przeczekanie”. Ministrze Piontkowski… A nie, tutaj nie ma sensu o nic prosić…

Po drugie – wyluzujmy. Epidemia minie i oby nam starczyło sił i zapału, aby oddolnie zmieniać te wszystkie problemy krok za krokiem. Wbrew temu, co wydaje się MEN – nie da się tego zrobić w dwa dni.

Warto być na bieżąco z nowoczesną edukacją i e-learningiem

Epidemia koronawirusa uświadomiła nam, że polska szkoła potrzebuje większego zastosowania nowoczesnych technologii, e-learningu, technik nauki zdalnej. Tymczasem branża e-learningowi jest w dużej mierze dostosowana do specyfiki biznesu. Jednak jesteśmy przekonani, że będzie coraz więcej dyrektorów szkół i nauczycieli, którzy chcą podnosić swoje kompetencje w tym obszarze. Nie tylko na łapu-capu, ale krok po kroku. Jeśli chcesz być w tym gronie – zapisz się do newslettera. Będziesz otrzymywać specjalistyczne treści od wydawcy serwisu OkiemNauczyciela.pl i portalu Edukacja.net.


1 thought on “Wszystkie szkolne problemy ze zdalną edukacją”

  1. Tak się po prostu NIE ROBI, do lekcji trzeba się przygotować, przemyśleć, to info dla tych co myślą że n-l siedzi za biurkiem a uczniowie sumiennie się uczą.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry