Czy szkoła ma wychowywać?

“Pragnąłem znieść różnicę między tym co wysokie a niskie/ludzkości obrzydliwie różnorodnej pragnąłem dać jeden kształt/nie ustawałem w wysiłkach aby zrównać ludzi” – ten cytat z Herberta powinien zawisnąć w gabinecie nowego pełnomocnika rządu do spraw wspierania wychowawczej funkcji szkoły.

„Damastes z przydomkiem Prokrustes” powinien być patronem wszystkich zwolenników funkcji wychowawczej szkoły. Są właśnie w ofensywie – Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada scentralizowane wsparcie działań wychowawczych szkoły. MEN będzie dążył do „zwiększenie bezpieczeństwa w szkołach i placówkach, ograniczanie zjawiska agresji rówieśniczej, uczenie tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka, wspieranie szkół w zabezpieczaniu uczniów przed dostępem do treści, w tym dostępnych w Internecie, które mogą stanowić zagrożenie dla ich prawidłowego rozwoju”. Będą nowe rozwiązania prawne, inicjatywy i działania profilaktyczne. Prokrustes gdzieś w odmętach Hadesu zaciera łapska w oczekiwaniu na rozciąganie i przycinanie uczniów, którzy nie wpasują się w ministerialne łoże.

Wychowywanie czyli co?

Oj tak, szkoła powinna wychowywać. Tak, wychowanie jest ważne. Szkoła powinna wspierać w wychowaniu rodziców. Entuzjastów wychowawczej funkcji szkoły nie brakuje. Nikt z nich za bardzo nie wnika w to, co rozumiemy przez wychowanie. Świetnie podkreśliła sedno problemu Agnieszka Salamucha z KUL. – (…) termin „wychowanie”, powszechnie uważany (jest) za centralny w pedagogice, ponieważ ̇ określa, co stanowi jej przedmiot. Jednocześnie mało jest w pedagogice terminów równie wieloznacznych, co właśnie „wychowanie” – pisze Salamucha w swoim artykule „Definicja wychowania w literaturze pedagogicznej”. Pedagodzy różnią się zarówno w tym co rozumiemy przez “wychowanie”, jak i w celach aktywności wychowawczej. Jednak wszyscy zgadzają się, że w tym działaniu lub procesie występuje ktoś, kto jest wychowawcą i ktoś, kto jest wychowywany. I ten wychowawca podejmuje świadomą aktywność, aby zmienić wychowywanego. Pytanie, czy polska szkoła jest w stanie skutecznie to zrobić. A raczej – czy jakakolwiek szkoła w XXI wieku. A nawet jeśli uznamy, że nie jest to działanie bezproduktywne – czy powinna to robić.

Wychowanie apelowo-wycieczkowe

MEN chce wspierać działania wychowawcze szkół. Ludziom “z branży” nie trzeba tłumaczyć, że owe działania zawarte są standardowo w “Planie (programie) wychowawczo-profilaktycznym szkoły”. Zwykle ów plan pełen jest dobrych chęci i pięknych, wielkich słów – typu “tolerancja”, “otwartość”, “patriotyzm”. Wiadomo – jak śmiał się w “Wychowaniu” Muniek Staszczyk – “Ojczyznę kochać trzeba i szanować/Nie deptać flagi i nie pluć na godło/Należy też w coś wierzyć i ufać”. Potem pojawiają analizy problemów, zagrożeń, potrzeb uczniów. Też można w ciemno strzelać – jak strzela MEN komunikując powołanie spec-wychowawcy rządowego. Pozałamujmy tutaj ręce nad upadkiem wartości, kryzysem rodziny, agresją rówieśniczą, zagrożeniami Internetu i wszechobecnym hejtem. Na okrasę dorzućmy małą aktywność fizyczną i śmieciowe żarcie.

Najbardziej zabawą częścią szkolnych Programów wychowawczo-profilaktycznych jest to, co powinno być ich mięchem. Czyli plan działań. Zajrzyjmy do pierwszego z brzegu dokumentu.

W przypadku zadań dla dyrektora szkoły znajdziemy tutaj “przygotowanie i ewaluacja planu”, przeprowadzenie diagnozy”, “informowanie rady pedagogicznej”, “organizacja spotkań dla rodziców”, “prowadzenie zajęć i spotkań ale – w miarę potrzeb), “współpraca z instytucjami”, “rozpoznawanie potrzeb”, doskonalenie własnych umiejętności w zakresie wychowania i profilaktyki, “współpraca z rodzicami”. “czuwanie nad realizacją”. W przypadku wychowawców klas działania wychowawcze skupiają się na “kształtowaniu” tego i owego, “prowadzeniu działań”, “współdziałanie”, “koordynowanie”, “utrzymywanie ścisłej współpracy” no i “kreowanie sytuacji”, Naprawdę genialnie napisane. Obywatel Piszczyk byłby dumny. Sprawozdawczość z realizacji Planu czy Programu mógłby oprawić w ramki.

Chcecie więcej konkretów? To poczytajcie szczegółowe plany realizacji zadań. Ależ my tu mamy różności. Najbardziej sensownie brzmi to, co można robić na lekcjach wychowawczych. Zajęcia z asertywności? Super. Uczenie metod rozwiązywania konfliktów, technik komunikacji i radzenia sobie ze stresem? Genialne. Wiele pozytywnych przykładów. Pod warunkiem, że starczy na nie czasu podczas jednej lekcji wychowawczej w tygodniu.

Tak, wiem – działania wychowawcze są realizowane także na innych lekcjach. No to hej, siup – zaglądamy do podstawy programowej z polskiego i historii. I wpisujemy do tabelki “głośne czytanie, wspólne poznawanie utworów Kornela Makuszyńskiego”, Serio, to konkretne działanie z istniejącego planu w obszarze “Doskonalenie poprawności językowej”.

Co pozostaje? Och, to wszystko, co kochamy w polskiej szkole od czasów Bieruta, a pewnie i Piłsudskiego. Apele, konkursy, wycieczki, prezentacje. Tak, to są tego typu działanie, które przekują wątłą osobowość ucznia we wzór patrioty i obywatela. Który zaraz po szkole odpali na komórce patostreamerów i pójdzie na piwko na placyku za boiskiem szkolnym. A po powrocie do szkoły usłyszy rodziców klnących na “PISiorów” albo “POpaprańców”.

Między katechetą, a LGBT

No dobrze, ponabijałem się trochę ze szkolnej papierologii i siermiężnej codzienności na intencję funkcji wychowawczej szkoły. Nie chcę wylewać dziecka z kąpielą. Jasne – są takie działania, które są potrzebne. Zwłaszcza lekcje wychowawcze – powinno być ich ze trzy, może cztery w tygodniu. Najlepiej zresztą z “wychowawcami” całą gębą, a nie z anglistami i WF-istami radującymi się dodatkiem za wychowawstwo na poziomie 300 zł. Aktywność pedagogów i psychologów szkolnych? Jak najbardziej – powinno być ich po kilku w szkole. Ale organizacja apeli ku czci, konkursy z dziupli wyjęte i wysyłanie delegacji ze sztandarem szkoły pod pomnik w święto narodowe? A kysz!

Jest jednak jedna rzecz, której bardziej obawiam się od braku skuteczności działań wychowawczych szkoły. A mianowicie ich skuteczności. Tak się bowiem składa, że (stety albo niestety) społeczeństwo mamy zróżnicowane. Jak zdefiniował Abelard Giza – mamy Polskę podzieloną “na dwa”. I tutaj wchodzi MEN cały na biało. Trzeba bronić polskich uczniów przed propagandą LGBT. A z drugiej strony nadciąga reprezentant “Świeckiej szkoły”, który mówi – sztandar religii z polskich szkół wyprowadzić. Między nimi skulony symetrysta chcący złotego środka i niebojący się w szkołach ani katechezy, ani wychowania seksualnego. I co teraz? Oklaski z lewej, oklaski z prawej i naparzanka? Tego chcemy?

Żądanie, aby szkoła wychowywała, jest moim skromnym zdaniem, nieetyczne w XXI wieku. Mamy różne poglądy rodziców, różne poglądy nauczycieli. “Wychowywanie” w szkole albo spowoduje, że nauczyciel nie będzie “wychowywać zgodnie z wartościami” części rodziców, albo – niekiedy – wbrew swojemu sumieniu. Inna opcja, to wpasowywanie uczniów w łoże Prokrusta. Na przykład podporządkowanie szkolnego wychowania głosom większości rodziców i nauczycieli (a co z prawem mniejszości do wolności sumienia?) . Albo pole do aktywności “pełnomocnika rządu do spraw wspierania wychowawczej funkcji szkoły”.

Exempla trahunt

Mam wrażenie, że w tym wszystkim za dużo mówimy o wychowawcach, a zapominamy o wychowywanych. O tych dzieciakach i nastolatkach, które są daleko od formuły “dzieci i ryby głosu nie mają”. One “mają swój rozum”. Zresztą zawsze miały, nawet w czasach, kiedy smartfony występowały wyłącznie jako “triony” w literaturze Stanisława Lema. I nauczyciel swoje, rodzic swoje – a uczniowie swoje. Bo tak jesteśmy jako homo sapiens skonstruowani, że uczymy się przede wszystkim na przykładach. Jeśli moja córka widzi mnie zbyt często ze smartfonem, to mam przez to większy wpływ na jej zachowanie, niż milion pogadanek szkolnych o e-uzależnieniach. To dlatego głównie wychowują rodzice, a nie szkoła – bo to z tatusiami i mamami spędzamy najwięcej czasu (do pewnego momentu oczywiście). Zatem największa funkcja wychowawcza szkoły polega na tym, że uczniowie obserwują nauczycieli “w akcji”. I mało kto wpłynął na postrzeganie przeze mnie koniunkturalizmu, jak nauczycielka historii w liceum. Za PRL organizowała apele na Święto Rewolucji Październikowej. Po 1989 roku – apele w rocznicę 17 września. Zawsze z takim samym zapałem wychowawczym.

1 thought on “Czy szkoła ma wychowywać?”

  1. Pingback: Kto propaguje lub pochwala seks małoletnich? – Okiem nauczyciela

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry