Bogusław Śliwerski: dokończyć solidarnościową rewolucję w oświacie (wywiad)


Szkoły finansowane z budżetu państwa, czynne nawet do godz. 22.00 jako centra kultury i oświaty dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Zniesiona Karta Nauczyciela, wyższe płace i gwarancje zatrudnienia dla nauczycieli. Więcej demokracji w szkolnych relacjach, mniej partyjniactwa w oświacie. Likwidacja Ministerstwa Edukacji Narodowej i Instytutu Badań Edukacyjnych. Obecne władze MEN przed Sądem Konstytucyjnym. Terenowe Rady Oświatowe i Rady Szkolne zamiast wydziałów oświaty w samorządach i rządowych Kuratoriów. Taką wizję wymarzonej oświaty prezentuje prof. dr hab Bogusław Śliwerski, Przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk.

Jakie problemy polskiej oświaty są zdaniem Pana Profesora najpilniejsze do rozwiązania?
Prof. dr hab Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN:

Odpartyjnienie polityki oświatowej w III RP. To jest priorytet, gdyż od 1993 r. , czyli od powrotu najpierw postkomunistycznych rządów, w tym także do MEN, zaczął się proces powstrzymywania, hamowania, a następnie ukrytego niszczenia fundamentów demokratycznego systemu szkolnego. Nie można bowiem socjalizować, kształcić i wychowywać dzieci oraz młodzieży do ustroju demokratycznego w systemie szkolnym o ustroju autokratycznym, całkowicie centralistycznym. To właśnie w wyniku pochodu do władztwa państwowego i oświatowego – od lewicy przez prawicę do neoliberałów – mamy: centralistyczny ustrój szkolny z pozoranctwem jego samorządności, quasiautonomią dyrektorów przedszkoli i szkół; z arogancją władz MEN i rządów wobec rodziców – obywateli , których dzieci uczęszczają do szkół publicznych (utrzymywanych z ich podatków); z fikcyjnym powoływaniem na funkcje kierownicze w szkolnictwie osób w rzekomo demokratycznych konkursach; z każdorazową wymianą posłusznego wobec centrum aparatu nadzoru pedagogicznego w kuratoriach oświaty i ich delegaturach, by realizował on zadania partyjne rządzących (koalicjantów); nieustanne prowadzenie przez rząd wojny z samorządami lokalnymi, by zniechęcać społeczeństwo do partycypacji w sprawowaniu władzy przez obywateli; brak kontroli społecznej nad polityką oświatową rządu. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, bowiem jeden czynnik uruchamia lawinę negatywnych skutków w pozostałych warunkach funkcjonowania polskiego szkolnictwa. Kluczowe jest jednak to, że EDUKACJA – SZKOLNICTWO nie są wartością ogólnonarodową, ponadpartyjnymi podziałami, ale są podporządkowane partyjnym celom i interesom rządzących. Co jeden minister rozpoczynał, następny tego nie kontynuował, nie doskonalił, nie poprawiał, a niszczył; co jeden wydłużał, to kolejny skracał itd.

Załóżmy, że zostaje Pan Profesor Ministrem Edukacji Narodowej, jakie podejmowałby Pan decyzje w obecnych warunkach – politycznych, prawnych i ekonomicznych – żeby te problemy rozwiązać?

Nie zostanę ministrem, gdyż jestem naukowcem. Moją rolą jest prowadzenie badań naukowych tak, by dociekać prawdy o rzeczywistości, opisywać i wyjaśniać różne modele, teorie, idee, kierunki pedagogicznych rozwiązań w kraju i na świecie oraz uwrażliwiać na kreowanie przez rządzących fałszywej rzeczywistości. Od zastosowań i autokreacji wiedzy powinni być praktycy – oświatowcy, nauczyciele. Naukowiec ma odkrywać prawdę, w odróżnieniu od rządzących, którzy jej nie znają i znać nie chcą, gdyż w ramach ideologicznej doktryny swojego stronnictwa, głoszą swoje racje ideowe jako rzekomo jedynie słuszne, prawdziwe czy z jakiegoś powodu wartościowe.

Gdybym jednak miał odpowiedzieć na pytanie, co uczynić, by polski system edukacyjny odpowiadał nie tylko zmianom społeczno-kulturowym, technologicznym, gospodarczym, komunikacyjnym itp., to stwierdziłbym  że konieczne jest siedem zmian i decyzji.

Po pierwsze, należy dokończyć rewolucję “Solidarności”, a więc zrealizować cele i wartości, jakie legły u podstaw opozycyjnego wobec poprzedniego reżimu ruchu wyzwoleńczego Polaków I fali Solidarności (lata 1980-1989). To oznacza dokończenie procesów decentralizacji systemu szkolnego tak, by placówki były w pełni autonomiczne i uspołecznione, objęte kontrolą społeczną, samorządową.

Po drugie, zlikwidowałbym MEN, bo nie ma potrzeby utrzymywania – jak w socjalizmie – partyjniackiej struktury biurokratycznej z wygodnymi posadkami. W żadnej mierze nie kreuje koniecznych a wartościowych dla naszego społeczeństwa reform edukacyjnych. Jest ich inhibitorem, a więc czynnikiem je wyhamowującym, co musi prowadzić do nieustannych konfliktów ze społeczeństwem i profesjonalistami. Za finasowanie szkolnictwa i uzgodnienia programowe (curriculum – podstawy programowe kształcenia ogólnego i zawodowego) powinien odpowiadać wiceminister ds. edukacji w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego jak ma to miejsce w rozwiniętych demokratycznie państwach UE (edukacja jest bowiem warunkiem rozwoju kultury narodowej i reprodukcji kultury powszechnej, ogólnoświatowej). Zaś nadzór nad jakością kształcenia (w tym za konstruowania i prowadzenie egzaminów państwowych) powinien być powierzony instytucji niezależnej od resortu (władzy centralnej), a podlegać powinien powoływanej przez Sejm – Komisji Edukacji Narodowej.

Po trzecie, zlikwidowałbym dwuwładzę – czyli podział na nadzór pedagogiczny (przedłużone ramię partyjnej władzy rządzących) i organ prowadzący (samorządy) na rzecz powołania w terenie tylko i wyłącznie jednego organu prowadzącego placówki oświatowo-wychowawcze. Tak chciała zresztą uczynić pani minister Katarzyna Hall, ale poległa, bo nie umiała komunikować się z podmiotami oświaty. Tu powinny powstawać terenowe rady oświatowe, a w szkołach rady szkolne tak, jak określa to już teraz Ustawa o systemie oświaty!

Po czwarte, zadbałbym o wysokie płace dla nauczycieli tak, by była to najważniejsza pensja w rodzinie. Tym samym można byłoby pozyskiwać do tego zawodu najzdolniejszych absolwentów szkolnictwa średniego. W szkole XXI w. musi opłacać się pracować nie tylko nauczycielom, ale i pośrednio społeczeństwu. Tak jest w Luksemburgu, Szwajcarii, Finlandii, ale i wielu innych państwach Zach. Europy. Edukacja nie będzie stymulatorem innowacyjności, kreatywności , jeśli będą w niej pracować osoby skazane nie nieustanne dorabianie, poszukiwanie źródeł na przeżycie, nie inwestujące we własny rozwój itd. Nauczyciel musi być suwerenem w pracy dydaktyczno-wychowawczej w przedszkolu czy szkole, niezależny, tak jak chirurg, który odpowiedzialnie przeprowadza operacje (żaden minister zdrowia nie wydaje jedynie słusznego podręcznika na temat tego, jak należy je przeprowadzać).

Po piąte, trzeba skończyć z populistyczną polityką, która służy partyjniackim interesom nowej nomenklatury. To jest gra na przetrwanie u władzy, na zachowanie miejsca na trampolinie do dalszych karier urzędników.

Po szóste, pociągać do odpowiedzialności konstytucyjnej ministra edukacji za niegospodarność , to może przestaniemy zatrudniać niekompetentnych kolesiów. Jak to jest możliwe, że do programu e-podręczniki kosztującego 49 mln zł zatrudnia się osobę z uprzednim wyrokiem i tylko dzięki krytycznym mediom została ona odsunięta od pełnienia funkcji dyrektora centralnego organu oświatowego, a pod koniec bieżącego roku otrzymujemy informację, że minister zdymisjonowała zespół odpowiedzialny za ten projekt? Ile milionów zostało już wyrzuconych w przysłowiowe błoto? Gdyby dyrektor szkoły był tak niegospodarny, to siedziałby już w więzieniu. A minister edukacji? Nie ponosi żadnej odpowiedzialności! Ani politycznej, ani karnej. Jak to jest, że zmarnowano środki publiczne na tzw. darmowy, rządowy elementarz do klasy I, który jest totalnym kiczem dydaktycznym, także edytorskim bublem tylko po to, by wzmocnić notowania na giełdzie politycznej rywalizacji w sondażach własnej formacji? W którym państwie szanującym wiedzę, kompetencje , by obejść de facto prawo o zamówieniach publicznych, zleca się pisanie “na kolanie” pierwszej książki szkolnej jaką jest elementarz osobie, która nie została wyłoniona w merytorycznym konkursie? Jak można dopuścić do druku i rozpowszechnienia elementarz z błędami ortograficznymi, gramatycznymi, psychopedagogicznymi i bezwstydnie twierdzić, że jest najlepszy na świecie, bo do MEN wpłynęło ponad tysiąc uwag?

Po siódme, zlikwidowałbym Instytut Badań Edukacyjnych jako rzekomo naukowy, skoro podlega resortowi edukacji i realizuje diagnozy pod zamówienie polityczne. Narusza to zarówno wiarygodność nauki, jak i sprzyja przepompowywaniu środków publicznych do osób i zespołów na realizację diagnoz zgodnych z oczekiwaniami władzy, a ponoć cenzurującej uzyskane wyniki. Tak było m.in. z badaniami sześciolatków, jak i czasu pracy nauczycieli. Wszystkie te diagnozy nadają się do śmieci. Zmarnotrawiono setki tysięcy złotych. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Nikt. Badania naukowe powinny być prowadzone przez niezależny od władz resortu edukacji instytut naukowy, interdyscyplinarny. To nie rządowe podmioty powinny zamawiać diagnozy, tylko reagować na uczciwe, rzetelne badania w konsultacji ze społeczeństwem czy jego organami społecznymi. Marginalizacja uniwersytetów, akademii, a więc naukowych podmiotów do prowadzenia rzetelnych badań musi skutkować oszukiwaniem społeczeństwa przez wciskanie mu przysłowiowego kitu.

Jak ocenia Pan Profesor podstawę programową i sposób realizacji?

Nie można analizować realizacji podstawy programowej w oderwaniu od ustroju szkolnego, od jego struktury, a ta jest zła, fatalna, a nawet patogenna. Trudno zatem, by można było zachwycać się dostosowanym do niej kanonem wiedzy i umiejętności uczniów.

Co Pan Profesor myśli o Karcie Nauczyciela – zostawić tak jak jest, zlikwidować czy zreformować. Jeśli to ostatnie – to w jaki sposób?

Nauczyciele w każdym państwie, w którym szanuje się ten zawód, bo od osób go wykonujących zależy trwanie i rozwój kultury narodowej, formacja elit, także politycznych, powinni mieć ochronę podobną do tej, jaką posiadają inne służby publiczne – policja, straż itp. Kartę Nauczyciela zatem można by zlikwidować, ale zapewnić w to miejsce – jak już wspomniałem – bardzo wysokie płace, łącząc je zarazem z wysokimi wymaganiami jakości pracy i z gwarancją miejsca pracy (tu byłaby kluczowa rola związków zawodowych).

To jest niedopuszczalne, by szkoły były zamknięte po tzw. godzinach pracy, by nauczyciele udzielali korepetycji, zamiast służyć swoją wiedzą i wsparcie własnym uczniom, właśnie w szkole, poza lekcjami, by lekceważono opinię i oczekiwania rodziców , których nieustannie traktuje się w wielu szkołach jak kłopot, problem, osoby niepożądane itd. Dlaczego zamyka się małe szkoły w środowiskach wiejskich, w małych miasteczkach, które mogłyby być centrami edukacji ustawicznej, uniwersytetami ludowymi, placówkami doskonalenia itp.?

Jaki model finansowania polskiej oświaty uważa Pan Profesor za najbardziej optymalny? Pieniądze idą za uczniem? Nagradzanie szkoły za Edukacyjną Wartość Dodaną? Może voucher oświatowy, a jeśli tak, to czy także na szkolnictwo społeczne i prywatne?

Nie mówię tu o szkolnictwie prywatnym, gdyż to rządzi się własnym systemem finansowania (sponsorowania), negocjowania kultury organizacyjnej i symbolicznej kształcenia itp. Mówimy tu o szkolnictwie powszechnym, obowiązkowym w szkolnictwie publicznym. Jak chcemy mieć naród, społeczeństwo półanalfabetów, korposzczury, to niech budżetowa kasa idzie za uczniem, tak jak ma to miejsce teraz. Nie jest ważne, kto kształci, w jakich warunkach, w jakim środowisku, ale ważne jest przede wszystkim to, ilu uczniów (kandydatów) ma szkoła. Tak to można finansować usługi fryzjerskie, kosmetologiczne, rzemieślnicze – z całym szacunkiem dla mistrzów tych usług – ale nie edukację. Tu środki muszą uwzględniać jak najwyższe kwalifikacje nauczycieli, liczbę uczniów i jakość oferty dydaktyczno-wychowawczej, w tym obowiązkowe curriculum i środowisko szkolne (rejon). Żaden z jednoczynnikowych systemów się nie sprawdza, ani ten, kiedy środki idą za uczniem, ani ten, kiedy – za nauczycielem czy kiedy dajemy bony rodzicom. Szkoły działają bowiem w nieporównywalnych środowiskach społeczno-ekonomicznych, kulturowych, gospodarczych itp. a zatem np. dotowanie dzisiaj nauczycieli ekstra tylko z tego tytułu, że pracują w szkołach wiejskich, jest już absurdalne. Wieś XXI w. w III RP nie jest już wsią “zabitą dechami”. Nauczycielom musi opłacać się pracować w każdych warunkach, bo przecież szkoła w wielkim mieście, gdzie mamy uliczne gangi, środowiska dysfunkcjonalne społecznie, patologiczne wymagają znacznie większych nakładów finansowych ze względu na konieczność prowadzenia monitoringu tych zjawisk, profilaktyki, terapii czy innego rodzaju wsparcia.

Co z czasem pracy nauczycieli? Pracują za mało? Każde badanie wycinkowe można podważyć – jako mało miarodajne dla wszystkich nauczycieli.

Pracują za mało, ale adekwatnie do wysokości płacy. Za tak niską płacę rzeczywiście muszą mieć czas na dorobienie. Nie bierzemy pod uwagę tego, że nauczyciele są inteligencją w każdym społeczeństwie, a zatem tworzą co najmniej tzw. klasę średnią, która musi mieć środki na właściwe życie indywidualne, rodzinne i profesjonalne. Co to za nauczyciel, którego nie stać na prenumeratę fachowych czasopism, zakup literatury, korzystanie z form doskonalenia (ale nie takiego, jakiego życzy sobie MEN, ale takiego, jakie jest jemu potrzebne w konkretnym środowisku)? Co to za nauczyciel, którego nie stać na korzystanie z dóbr kultury (kino, teatr, filharmonia, muzea itp.), który nie podróżuje, nie współpracuje z zagranicznymi partnerami, bo myśli o tym, jak przeżyć do końca miesiąca? W przypadku lekarzy, pracowników aparatu sprawiedliwości nikt dzisiaj nie powie, że mają być spauperyzowani, bo przecież kwitłaby korupcja itp. Tymczasem nauczyciel ma być biedny – mierny, bierny, ale wierny.

Czy szkoły popołudniami i podczas wakacji, przerw świątecznych powinny stać puste?

Nie! Szkoły dzisiaj powinny być centrami kultury i oświaty wielopokoleniowej, ustawicznej, otwartego dostępu do źródeł wiedzy dla osób różnych generacji, a nie tylko dla dzieci i młodzieży z powszechnego obowiązku szkolnego. Szkoły powinny tętnić życiem nawet do 22.00 , ale jako centra czy sieci dla ustawicznie uczących się pod kierunkiem różnych specjalistów, pracujących w nich w różnym czasie: od edukacji szkolnej – nauczycieli, a potem pozaszkolnej, dziecięcej, młodzieżowej – pedagogów, ale i dla dorosłych czy osób starszych – andragogów i geragogów. Dlaczego całe społeczeństwo łoży via podatki na szkolnictwo, ale korzysta z jego infrastruktury i kadr tylko ta jego część, która ma dzieci w wieku obowiązku szkolnego? Czyż w społeczeństwie wiedzy, informacji, niezwykle dynamicznych przemian, nie powinny szkoły przestać być “urzędami” redukowanymi tylko i wyłącznie do tej wąsko pojmowanej grupy beneficjentów?

Nauczyciel obecnie ma niewielkie możliwości budowania swojego autorytetu. Co trzeba byłoby zrobić, żeby uczniowie i rodzice bardziej go szanowali?

Autorytetu nikt nikomu nie wytworzy, nie sprawi, że ktoś go posiądzie albo w sobie wzmocni. Proszę zobaczyć jak specjaliści od Public Relations ciężko pracują nad wizerunkiem osób sprawujących władzę. I co? I tak one kompromitują się, bo nie da się nieustannie kontrolować własnej natury i habitusu. W edukacji musi mieć miejsce autorytet osoby, wynikający z kultury osobistej, wiedzy i umiejętności profesjonalnych, z jej indywiduum, a nie z poziom konformizmu. O tym, czy ktoś jest autorytetem nie zadecydują ani posiadane dyplomy, ani pełnione funkcje, ani bony towarowe czy “promocje” MEN.

Jak Pan Profesor ocenia pracę dotychczasowych ekip MEN po 1989 r.? Jakie decyzje którego ministra ocenia Pan za najlepsze, a które najgorsze?

Poświęciłem analizie polityki oświatowej i 15 ministrów edukacji do 2009 r. odrębną książkę pt. “Problemy współczesnej edukacji. Dekonstrukcja polityki oświatowej III RP”(Warszaw 2009), a na podsumowanie ćwierćwiecza wolności wydałem książkę pt.”Diagnoza uspołecznienia publicznego szkolnictwa w III RP w gorsecie centralizmu” (Kraków 2013) . Najlepszym i najbardziej uczciwym wobec zobowiązań solidarnościowych i wolnościowych był pierwszy postsocjalistyczny minister edukacji – prof. Henryk Samsonowicz i kontynuujący jego dzieło minister Robert Głębocki. Potem było już z każdym ministrem coraz gorzej, a szczytem ignorancji i arogancji jest już obecna ministra Joanna Kluzik-Rostkowska. Tak więc fatalnie kończy rocznicę 25-lecia wolności resort edukacji – totalną kompromitacją, pseudodemokracją i pozoranctwem w najgorszym, bo populistycznym wydaniu.

Czy coś się zmieni po wyborach? Jakie propozycje obecnych sił politycznych dotyczące edukacji uznaje Pan za najbardziej sensowne dla polskiej edukacji?

O tym wolałbym porozmawiać, jak będziemy po wyborach parlamentarnych w 2015 r. Jeśli społeczeństwo się nie przebudzi z letargu, uśpienia taktyką władz stosujących socjotechnikę i medialną manipulację, to pozostaje nam już tylko kolejna rewolucja społeczna, bunt młodego pokolenia, które doświadcza cynizmu, hipokryzji i fałszu sprawujących władzę.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo.

Wywiad przeprowadził Sebastian Szczęsny

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry