Ela ma mętlik. Podręcznikowy zawrót głowy

Źli kapitaliści, żerujący na zdrowym organizmie polskiej edukacji zostaną odsunięci od wydawniczego tortu, a Państwo zadba o swoich obywateli darując im darmowy podręcznik. Taki był wydźwięk dyskusji stosownej “reformy”. Są już pierwsze efekty – jedno z ponoć okrutnych wydawnictw jest “ciężko chore” i pewnie “umrze”.

Ociągałem się z komentowaniem “darmowego podręcznika” z trzech powodów. Po pierwsze sprawa bezpośrednio mnie jako ojca nie dotyczy. Córka chodzi póki co do szkoły społecznej, a niepublicznym placówkom udało się z pomysłu Pani Minister wykręcić. Po drugie, mimo że pomysł mi się od razu nie podobał, nie chciałem czegoś krytykować z góry – obserwowałem rozwój sytuacji od strony merytorycznej i logistycznej. Po trzecie wreszcie, czekałem na rozwój dyskusji – głosy pochwały i krytyki, aby zebrać je i przeanalizować po kolei.

Bezpośrednim powodem do powstania niniejszego tekstu stała się informacja o zwolnieniach grupowych w Wydawnictwach Szkolnych i Pedagogicznych oraz wywołana tym faktem dyskusja na profilu Facebook’owym Aleksandry Pezdy, publicystki edukacyjnej Gazety Wyborczej. Wykrystalizowały się tam opinie, które powtarzają się w szeregu dyskusji,trwających już kilka miesięcy. Przyjrzyjmy się im nieco bliżej z różnych punktów widzenia. Pomijając z założenia punkt widzenia rządu, bo ten wybrzmiał bardzo mocno.

Punkt widzenia wydawców i księgarzy

“Słabo postawiony biznes, jeśli stoi na jednym podręczniku” – zdiagnozowała jedna z intrernautek problemy WSiP. I była to najbardziej “lajkowana” wypowiedź w dyskusji. Trudno o większy przejaw pogardy wobec ludzi ciężko zarabiających na życie. Nie tylko autorów, korektorów, drukarzy, ale i tych wykpiwanych oraz oczernianych “przedstawicieli handlowych” pielgrzymujących szkoła po szkole i próbujących zachęcić nauczycieli do wyboru takiej, a nie innej książki. No tak, ale wydawcy kierują się wyłącznie “chęcią zysku”. Świetnie współgra to z praprzyczyną “reformy” podawaną przez Premiera Tuska w styczniu 2014 roku: “istnieje silne lobby producentów podręczników”, przez które podręczniki są za drogie. Kto zyskuje? No te okropne wydawnictwa. Dodam: przy poziomie owego zysku w postaci około 10%. marży (jak podaje Izba Książki). Naprawdę tak bardzo dużo?

Bo nie chodzi tutaj o “jeden podręcznik”, tylko o podcięcie korzeni całego segmentu rynku książkowego. Ubytek jednej ósmej podręcznikowego biznesu, to przecież dopiero początek. Za chwilę przestanie istnieć coś takiego, jak “podręcznikowy biznes”. Argument z omawianej tutaj dyskusji “to nie monopol, przecież szkoła może wybrać podręcznik”, to albo cynizm, albo głęboka niewiedza. Szkoła może wybrać inny podręcznik, jeśli zapłaci z własnej kieszeni samorząd. Ten sam, który szuka możliwości dopięcia budżetu gminnego na każdym kroku – chociażby w omijaniu karty nauczyciela i cięciu wydatków na zajęcia dodatkowe. Owszem, będą takie ambitne gminy, które w wiedzę uczniów zainwestują. Gdyby jednak sam rząd był przekonany o powodzeniu takiej misji, scedowałby finansowanie swojego “taniego podręcznika” z kasy samorządowej. Gdyby jednak tak zrobił – miałby jak w banku “bunt na pokładzie” burmistrzów i wójtów.

W obecnej sytuacji z kilkunastu wydawców szkolnych zostanie pewnie 3-4 mini-wydawnictw. Będą żyły z dostarczania materiałów dodatkowych do podręcznika “publicznego” oraz własnych podręczników do szkół niepublicznych oraz do tej garstki samorządów, które zignorują “podarek od rządu”. I raczej nie będą to podręczniki tańsze, niż obecnie. Pewnie dystrybucja odbywać się będzie w większości w ramach sprzedaży bezpośredniej, bo wielu księgarzy zamknie swój biznes. W przeciwieństwie do dużych wydawców muszących ogłaszać zwolnienia zbiorowe – znikać będą z rynku pracy po cichu, jeden za drugim. Ale jedna z dyskutantek “związku zwolnień grupowych z podręcznikiem darmowym nie znajduje”.

Wśród zarzutów podnoszonych w dyskusji pojawił się fakt wcześniejszego zdominowania rynku podręczników przez duopol – wydawnictwa Nowa Era i WSiP. Przyjrzyjmy się chłodno danym z Gazety Prawnej, do których odwołała się jedna z dyskutantek w kontekście “słabo postawionego biznesu”. To prawda, w 2012 roku miały one około 50% rynku pod względem obrotów. Tymczasem rok wcześniej 61%. Spadły im przychody w sumie o 17 mln zł przy jednoczesnym wzroście przychodów w branży o 25 mln PLN. Numer trzy w branży, czyli Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe, przy identycznych przychodach także utraciło udziały w rynku. Dodajmy, że jednocześnie spadał łączny nakład książek przy wzroście liczby wydawanych tytułów. Jeśli ktoś potrafi wytłumaczyć sytuację w branży inaczej, niż zaostrzającą się konkurencją ze strony mniejszych wydawców – to bardzo proszę.

A zyski? Pewnie były maksymalizowane – zgodnie z kodeksem handlowym, wymagającym tego od zarządów firm wydawniczych. Podobnie jak od zarządów szpitali czy przedsiębiorstw komunikacji miejskiej. Wiem, że słowa “maksymalizacja zysku” były dla wielu dyskutantów haniebne, ale jakoś mnie nie bolą – jeśli są zarobione zgodnie z regułami gry. A jeśli to reguły są spaczone – to już nie wina przedsiębiorców, ale tego kto je ustanawia. Poza tym jedna trzecia przychodów ze sprzedaży podręczników trafiała na przygotowanie merytoryczne i materiały dla nauczycieli. Skąpo?

Zaskoczyły mnie te dane sprzedażowe. Nie spodziewałem się, że przy tak mocno regulowanym rynku mogą pojawić się elementy gry rynkowej. Nie wpływała jeszcze na obniżenie cen podręczników, ale czy można wykluczyć pojawienie się “wojny cenowej”? Być może wspomaganej przez regulacyjną funkcję państwa – ale o tym za chwilę. Na razie jednak pewnie część inwestorów giełdowych błogosławi chwilę kiedy sprzedawało akcje WSiP przed wycofaniem z giełdy po 17,15 zł za sztukę. Nie sądzę, żeby teraz dostali za nie ułamek tej kwoty.

Można przecież powiedzieć – nie ma obowiązku być wydawcą podręczników.Mogą przestawić się na wydawanie książek kucharskich i albumów z papieżem. Kto by się przejmował wydawnictwami specjalistycznymi. Może za chwilę ten sam mechanizm dotrze do podręczników akademickich? A może do wydawnictw prawniczych i ekonomicznych? Jak już, to po całości. Jeśli kryzys branży wynikałaby tylko z czynników obiektywnych – jak w przypadku kryzysu prasy papierowej – można by tylko rozłożyć bezradnie ręce. Ale jeśli jest efektem populistycznych posunięć politycznych – to trochę inna sytuacja.

Punkt widzenia szkół i nauczycieli

Wyobraźmy sobie, że jestem nauczycielem. Z mojego punktu widzenia sytuacja dotychczasowa wyglądała tak: już zimą przyjeżdżał do mnie przedstawiciel wydawnictwa. Potem innego. Czasami jeszcze jednego i kolejnego. Wypożyczał książkę do analizy. Na spokojnie zapoznawałem się z nią, zaglądałem na www wydawcy i zapoznawałem się z e-toolsami. Przeglądałem materiały dodatkowe. Nawet, jeśli w grę wchodził zupełnie nowy podręcznik, zwykle na tym etapie gotowe były wszelkie materiały dodatkowe już wcześniej, czasami nawet przygotowane podręczniki “do przodu”, na cały cykl nauczania danego przedmiotu.

Decyzja “na tak” powodowała, że będę przynajmniej przez kolejne trzy lata pracować z podręcznikiem z określonej serii. Czyli, że wydawca sprzeda od kilkunastu do kilkudziesięciu egzemplarzy podręcznika do danego przedmiotu w jednym roku. Czasami uruchamiałem “wyścig zbrojeń”: który wydawca “da więcej”. Jeśli jestem pazerny, to sprzedam podręczniki i odbiorę prowizję ryzykując posadę. Ale gdybym był materialistą, czy poszedłbym na studia pedagogiczne albo robił specjalność nauczycielską?Wydawcy to nie koncerny farmaceutyczne, fundujące do niedawna klientom wycieczki na konferencje w ciepłych krajach. Więc pytam, co wydawca może zaoferować szkole. Stąd mnogość materiałów dodatkowych zapełniających szkoły, dzięki którym lekcje były ciekawsze. I kiedy następował wiosną przydział klas – podejmowałem decyzję ostateczną.

Jeśli byłem dyrektorem szkoły, mogłem nieformalnie zapanować nad tym, z jakich podręczników uczą się dzieci. Bo decyzja należała jednak do nauczyciela przedmiotu. Bywało więc, że trzy klasy pierwsze uczyły się z różnych podręczników, bo różnym “paniom” inny “pasował”. Można było korzystać z wzorców sprawdzianów, konspektów przykładowych lekcji, odpalać multimedia i “gra muzyka”.

A jeśli jako nauczyciel wybrałem “zły” podręcznik? Cóż, wszystkie są dopuszczone do użytku przez Ministerstwo, co jest gwarantem jakości. To nie ironia, niedobrych podręczników na rynku w zasadzie się nie uświadczy. Są czasami “staroświeckie”, ale “staroświecka” jest część nauczycieli. Powiedzmy zatem “zły” w znaczeniu “niedostosowany do mojej osobowości i specyfiki uczniów”, np. skuszony netbookiem na własność szkoły, ale do użytku codziennego nauczyciela? Będę wtedy kilka lat się codziennie męczyć z kiepską pomocą dydaktyczną. Uczyłem zatem z podręcznika wybranego przez siebie i w razie czego mogłem mieć pretensję do samego siebie. A do mnie – dyrektor szkoły. A wiadomo, jak to mają się do kryzysu edukacyjnego dąsy przełożonego.

Jak będzie teraz – tak naprawdę nie wiadomo. Mamy końcówkę maja, a jeszcze będzie modyfikowana – jedyna ujawniona – pierwsza z czterech części obowiązująca za trzy miesiące. Autorki obiecują, “że do podręcznika przygotowywany jest internetowy poradnik – przewodnik metodyczny – który obejmie wszystkie treści edukacyjne” i na www “znajdą się też różnorodne scenariusze lub pomysły do zajęć, przykładowe karty pracy, propozycje działań dydaktycznych”. Kiedy? Generator kart zadań i materiały do nauki pisania będą dostępne “od 1 września 2014 r.”. Czyli pewnie na przygotowanie pierwszych zajęć będę mieć jedno popołudnie. Nie wiem jak Wy, ale jeśli byłbym nauczycielem przyszłej klasy pierwszej, byłbym mocno wkurzony. Jako nauczyciel starszych klas nauczania początkowego patrzyłbym na sytuację z rosnącym niepokojem. Jako nauczyciel języków obcych i innych przedmiotów klas starszych modliłbym się, żeby pomysły ministerialne mnie nie objęły.

A jako dyrektor szkoły? Zastanawiałbym się skąd wezmę dodatkowe pieniądze na tusz, papier i wydajną drukarkę/ksero, żeby to wszystko drukować i kopiować. Już wiem – trzeba podwyższyć składkę “na Radę Rodziców”. Bo z tego często są finansowane tego typu wydatki (w końcu samorządy oszczędzają nawet na środkach czystości dla szkół). Teoretycznie rozwiązanie “nowopodręcznikowe” zakłada, że nauczycielom będzie przekazana “dotacja na zakup materiałów ćwiczeniowych”. Czyli w przypadku podręczników różnorodność i rynek z wydawnictwami komercyjnymi były “be”, a w przypadku materiałów ćwiczeniowych są “aja”? I kiedy one mają powstać – skoro na razie nawet nie wiadomo jak ostatecznie wygląda pierwsza część elementarza? Na wrzesień 2015? A co do tej pory? Na razie w szkołach nikt nie jest świadom ile będzie tych pieniędzy, kiedy będą i dlaczego tak późno.

Inna rzecz – podręcznik będzie własnością szkoły. Świetnie. Czy to znaczy, że jeśli dziecko go zgubi albo zniszczy, to dostanie nowy też za darmo? A jeśli rodzic będzie musiał zapłacić, ale powie że nie mam pieniędzy – jak szkoła je wyegzekwuje? To akurat drobiazg, ale nie przemyślenie go (albo brak wiedzy po stronie szkół) wiele mówi o działaniu “ad hoc” przy “reformie”.

No to może trzeba było “zamiast w pośpiechu produkować następny podręcznik wystarczyło za regulowaną cenę wybrać któryś z już istniejących”? Pewnie z punktu widzenia jednorazowej korzyści – super. Z punktu widzenia psucia rynku i faworyzowania jednego z uczestników – fatalnie.

Punkt widzenia rodziców i dzieci

Powiedzmy sobie szczerze – dzieciom jest tak naprawdę wszystko jedno. Najważniejsze, żeby była “fajna pani”. Jeśli będzie, to da radę nawet z najbardziej nieprzyjaznym podręcznikiem i bez materiałów dodatkowych. Coś wygrzebie w necie, coś wymyśli i będzie super. A jeśli będzie “niefajna”? Jak stwierdził inny dyskutant “mam w bliskim otoczeniu autorów podręczników i obserwowałem jak wydawnictwo, które je zamówili, wycina autorom wszystkie aktywności wymagające myślenia i umożliwiające elastyczność na rzecz wypełnianek, gotowców itp. twierdząc że nauczyciele tego chcą”. Obstawiam, że takich nauczycieli żadne materiały dydaktyczne nie zmienią. I jest szaleństwem twierdzić, że nowy “elementarz ma jeden zasadniczy plus: daje wolność metodyczną, a właściwie ją wymusza, bo wcześniej też przecież była, o ile nauczyciel chciał skorzystać”. Podobnych argumentów używa Ministerstwo. Chciałbym zobaczyć, jak to też nowy materiał wymusza ową wolność metodyczną wobec leniwego pedagoga. Może w zestawie będzie też magiczna różdżka? A może jednak po prostu zniknie nawet ta odrobina sposobów na uatrakcyjnienia lekcji, którą czerpali od wydawnictw nauczyciele idący po najmniejszej linii oporu?
A z punktu widzenia rodziców? Podczas wspominanej przeze mnie dyskusji ktoś napisał, że “edukacja w Polsce jest obowiązkiem wynikającym z konstytucji i dlatego możemy oczekiwać, że Państwo nam dostarczy podręczniki”. To dość ciekawy związek przyczynowo-skutkowy. W oparciu o niego można by domniemywać np. prawa do darmowego jedzenia i mieszkania dla każdego. Inna rzecz, że Art. 48. pkt 1. Konstytucji głosi: “Rodzice mają prawo do wychowania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”. Do tej pory jeśli znalazły się w jednym tytule podręcznika treści niezgodne z przekonaniami, można było przenieść dziecko do innej klasy czy wręcz szkoły – gdzie uczono z innego. Teraz nie ma takiej możliwości.

Wracając do sprawy wydatków. Poniesiony przeze mnie wydatek 200 zł na boks do klasy pierwszej, to dużo pieniędzy. Dajmy na to jeszcze książka do religii, angielskiego, czasami do informatyki. Liczmy z górką 300 zł. Powiedzmy dla dwojga dzieci. Wychodzi wtedy całe 50 zł na miesiąc. Już nie tak przerażające, prawda? Zgódźmy się, są tacy, dla których to rzeczywiście poważna kwota. No tak, ale naprawdę biedni dostają już teraz podręczniki za darmo od gminnej pomocy społecznej. W “towarze”, ale i tak zdarza się, ze tatuś albo mamusia zamieniają je na flaszkę.

Mam wrażenie, że dla innych rodziców, nas – całej reszty mam i tatusiów zainwestowanie w edukację dziecka 300 zł rocznie to gra warta świeczki. W zamian dostawaliśmy 10 lekkich miesięcznych książeczek, materiały do wykorzystania i pewność, że nauczyciel uczy z takiej książki, jaką uznał za najbardziej stosowną w procesie dydaktycznym. Jak wiemy, że dziecko jest mniej zdolne – szukamy wychowawcy, który nie jest nadambitny i podręczniki też podobne wybiera. Jeśli chcemy dla dziecka szybszego tempa nauki – wybieramy innego.

O udostępnionej wersji obecnego elementarza usłyszałem natomiast nawet skrajne opinie odnośnie poziomu merytorycznego: “za trudny, za szybkie tempo wprowadzania liter” do “za łatwy, dzieci będą się nudzić ile wlezie”. Jedna z małej szkoły w Poznaniu, inna ze zbiorczej wiejskiej szkoły na Opolszczyźnie. Kiedyś obie panie wybierały inne podręczniki. Teraz nie mają wyjścia.

Punkt widzenia podatnika i obywatela

Reforma “darmowy podręcznik” oznacza, że państwo uznało swoją klęskę, jako regulatora rynku, który powinien stać na straży “fair play”, ustalając reguły i na bieżąco je modyfikując – jeśli pojawiają się patologie. Tymczasem w sytuacji, kiedy potrzebny był skalpel regulatora, użyto rzeźnckiego topora monopolu państwowego. Państwo rozwaliło wadliwie działający mechanizm rynkowy związany z usługami publicznymi, zamiast walczyć z jego patologiami. I nie ma się z czego cieszyć. Odbije się to nam z wielu powodów czkawką.

A może edukacja to jest COŚ co nie jest usługą? Jedna z opinii: “realizacja obowiązku edukacyjnego to nie jest usługa, a pozwoliliśmy zawłaszczyć ją kilku podmiotom gospodarczym, nawet nie regulując ich zachowań rynkowych”. Moim zdaniem realizacja to JEST usługa. Specyficzna, ale usługa. I jak każda każda usługa publiczna lepiej, jeśli wykonuje ją podmiot na zlecenie państwa, niż samo państwo. Pokazują na to chociażby różne rozwiązania z obszaru pomocy bezrobotnym. Moim zdaniem lepiej by było, gdyby także wszystkie szkoły były niepubliczne i ewentualnie finansowane ze środków publicznych. Ale to inna dyskusja. Trzymajmy się obecnego systemu edukacji.

A w nim Państwo jest także regulatorem i czasami w tej roli sprawdza się lepiej – jak w telekomunikacji, czasami średnio – jak w ubezpieczeniach, a czasami kiepsko – jak w nadzorze nad farmacją czy właśnie edukacją. Jedna z dyskutantek stwierdziła, że “Prawo nie jest w stanie (i po prawdzie nie jest od tego) uregulować każdej sytuacji, którą może wygenerować życie, zwłaszcza to regulowane chęcią (żądzą?) zysku. Zwłaszcza <> nie są chyba mile widziane (bo i nieskuteczne)? Nie ma takiego zakazu, którego nie da się obejść (kreatywnie)”. Pełna zgoda. Prawo nie, ale urząd je egzekwujący – tak.

Załóżmy przez chwilę, że wszystkie zarzuty wobec poprzedniego systemu były prawdziwe. Na wszystkie wystarczyła jedno rozporządzenie ustalające warunki brzegowe dopuszczenia podręcznika do użytku. Podręczniki są za drogie? Są dwa rozwiązania. Albo ustalamy cenę maksymalną i wtedy trwa cały czas “wyścig zbrojeń” w kwestii materiałów dodatkowych dla szkół i nauczycieli. Albo zakazujemy przekazywania materiałów dodatkowych do szkół stwarzając pole do rywalizacji niższą ceną za podobny produkt. Cenę podręczników winduje brak “rynku wtórnego”, bo wydawcy wymuszają na autorach takie konstruowanie podręczników, w których trzeba pisać a sami modyfikują je tak, aby co dwa-trzy lata nie zgadzały się np. ilustracje lub różniły pytania podsumowujące dział? Nie dopuszczajmy takich “boksów” do użytku na poziomie akceptu ministerstwa. Koszty zeszytów ćwiczeń są za wysokie, bo są w full kolorze? Dopuszczajmy tylko te w skali szarości. Jest za mała konkurencja wśród wydawców? Rozpiszmy konkurs na nowe podręczniki, w których nie mogą brać udziału dotychczasowi operatorzy.

Spore wątpliwości budzą wyliczenia “zysków” i “strat” nowego rozwiązania. Świetnie się sumuje kwoty wydawane przez rodziców. Przygotowany przez MEN projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty pozwali rodzicom zaoszczędzić rocznie od 100 mln zł w 2014 r. do 700 mln zł w 2020 r. Niestety brak kwoty sumarycznej. Jakim kosztem? “Rozwiązania nowelizacji ustawy o systemie oświaty kosztować będą w latach 2014-2016 do ok. 310 mln zł”. Pytanie czy wliczono do tego koszty powołania mini-wydawnictwa podręcznikowego przez MEN, bo zapowiada się to na przedsięwzięcie długofalowe.

Do tego trzeba doliczyć utracone korzyści z podatków – szacowane przez branżę ostrożnie na ok 38 mln zł rocznie. Nikt nie policzył kosztów pracy pracowników samorządowych zajmujących się dystrybucją materiałów do szkół, kosztów zasiłków dla zwalnianych pracowników wydawców i księgarzy, czasu pracy nauczycieli kserujących materiały z netu, kosztów druku i kopiowania. Jakoś wcale te oszczędności nie wyglądają tak różowo. A pamiętajmy, że rząd nie ma “swoich pieniędzy” – wszystko co wydaje wyjmuje z kieszeni podatnika teraz z podatków, albo za pośrednictwem obligacji za jakiś czas.

Z punktu widzenia świadomego obywatela najbardziej porusza traktowanie Polaków jako cielęta. A nie jako pełnoprawnych ludzi, którzy mogą sami podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje – jak wychowywać dzieci, z jakiej szkoły skorzystać, jakiego nauczyciela wybrać, na co ciężko zarobione wydawać pieniądze. Państwo decyduje, bo Państwo wie lepiej. Czyli urzędnicy zza ministerialnego biurka.

Dodatkowo budujemy mury pomiędzy tymi dziećmi, które mają “lepszą” edukację, bo mają lepiej pasujący do sytuacji podręcznik (np. w szkołach niepublicznych, albo w bogatszych gminach), a całą resztą, która uczy się mało efektywnie. Niestety jest to zgodne z obserwowanym przeze mnie podziałem społeczeństwa na “morloków” i “elojów”, a to jest proces, który nie podoba się żadnemu świadomemu obywatelowi.

Sebastian Szczęsny

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry