Długa laurka na Dzień Nauczyciela

Mogę policzyć na palcach dwóch rąk wszystkich nauczycieli z pasją, którzy uczyli mnie od pasowania na ucznia w “zerówce”, aż do klasy maturalnej. Ktoś powie, że mało – jak na trzynaście lat nauki, trzy szkoły i blisko pół setki “gogów”, którzy wbijali mi do głowy wiedzę. Jednak tych beznadziejnych, którzy “przychodzili tylko do pracy” było jeszcze mniej. I dlatego wkurza mnie, kiedy kopią nauczycieli ci, którzy powinni o nich dbać – MEN, rodzice, wydziały oświaty samorządów.

Powiem od razu – nie byłbym w stanie być nauczycielem. I barierą nie są tutaj kwestie finansowe. Nie podjąłbym się wykonywania tego zawodu nawet, gdyby płacono w szkołach tyle, ile moim zdaniem warta jest praca nauczycieli. Brakuje mi odpowiednich predyspozycji. Jedną z nich jest cierpliwość. To ona sprawia, że podczas lekcji można trzymać ręce przy sobie w zderzeniu z uczniowskim lenistwem, głupotą i złośliwością. Dzięki niej także można cyzelować talenty najlepszych chłopaków i dziewczyn, szlifując diamentowe umysły na brylantowe precjoza. Ma jednak owa cierpliwość także negatywne skutki – ale o tym za chwilę.

Śmierć Tymoteusza Misiaka
Nie istnieje szkoła z czasów mojego dzieciństwa czyli z drugiej połowy lat 70-tych i lat 80-tych. To znaczy budynki stoją, prowadzone są w nich lekcje. Ale duch który je wypełnia odpłynął daleko i już nie powróci. To atmosfera wprost z książek Edmunda Niziurskiego, gdzie występowała figura “przedwojennego nauczyciela”. Niekwestionowanego autorytetu, który poważali młodsi koledzy, rodzice i uczniowie – nawet ci najbardziej niesforni. Tacy jak ekipa Zasępy, która starała się znaleźć “sposób na…” oswojenie nauczyciela historii Tymoteusza Misiaka zwanego Alcybiadesem. Ale także i nauczyciele “powojenni” trzymali fason. Starali się dorównać jak to się mądrze mówiło na lekcjach polskiego “wzorcom osobowym”. A uczniowie i rodzice uważali, że należy się pedagogom szacunek a priori, z racji pełnionej, “ważnej społecznie” funkcji.

Akcja powieści o Alcybiadesie toczy się w latach 60-tych, ale i w późniejszych “Niziurskich” z lat 70-tych i 80-tych świat ten jest żywy i inspirujący. Istnieje w nim rzecz jasna czytelny podział na “my” – uczniowie, i “oni” – nauczyciele nazwani przez autora “gogami”. Toczy się gra “kto-kogo”, ale ma ona swoje nieprzekraczalne reguły i rytuały. Mieści się w nich “blauka” i “ściąganie”, ale już nie zakładanie kosza na głowę nauczycielowi przez rozwydrzonych uczniów. Uczeń myśli po prostu “jak przetrwać”, a nauczyciel “jak wbić do głowy wiedzę”. Jest jeszcze jeden element w tle życia szkolnego. To element, który mówi, że “nauczyciel ma zawsze rację”, a jego obecność na wywiadówce szkolnej może zaowocować przykrymi konsekwencjami w domu.

W powieściach Niziurskiego z lat 90-tych świat dotychczasowej szkoły więdnie i umiera. Autor szukał coraz bardziej abstrakcyjnych pomysłów na przyciągnięcie czytelników. Bez większych sukcesów. Nie ta szkoła, nie ci uczniowie, nie ci czytelnicy. Czy przyczyną odejścia “starej szkoły” w niebyt jest tylko zmiana w zewnętrznym świecie? Mówi się czasem, że to ona jest powodem utraty szacunku wobec kadry pedagogicznej, zaniknięcia jej autorytetu wśród rodziców, a w ślad za tym i uczniów. Że winny jest kapitalistyczny pęd za pieniądzem i mało zarabiający nauczyciel wypada w nim słabo. Albo że byłoby inaczej, gdyby przestarzała szkoła nie musiała konkurować z nowoczesnymi technologiami – smartfonami, internetem, konsolami do gier. No i jeszcze fakt, że w nowoczesnym świecie wykształcenie nie przesądza o pomyślności w życiu. Serio z tych powodów Tymoteusz Misiak musiał umrzeć?

Takiemu to dobrze
Sęk w tym, że i 30 lat temu nauczyciel nie zaliczał się do krezusów. W co “lepszych” liceach synowie i córki “badylarzy”, a potem właścicieli “firm polonijnych” podjeżdżali pod szkoły świetnymi furami. Nawet jeśli odczuwali z powodów materialnych poczucie wyższości wobec podróżujących MPK nauczycieli, to na pewno ich nie okazywali.

Również atrakcji odciągających od szkolnej nauki było sporo. Może granie w piłkę na podwórku, trzaskanie w pierwsze gry na Amigę i zbiórki harcerskie były mniej zaawansowane technicznie, niż Facebook czy Minecraft. Ale i one bez trudu wygrywały z wkuwaniem tabliczki mnożenia, liczeniem masy molowej albo czytaniem “Nad Niemnem”.

No i również trzy czy cztery dekady temu można było znaleźć bardziej zyskowne pomysły na życie, niż zdobywanie wykształcenia. Stanisław Maria Rechowicz musiał zostać “Marysią”, żeby zarobić na mieszkanie i sportowe “zagraniczne” auto. Jako solidnie wyedukowane historyk sztuki w muzeum klepał przecież biedę i dopiero zostanie “Poszukiwanym-Poszukiwaną” oraz zarabianie jako pomoc domowa dało realne profity.

Moim zdaniem najbardziej pozycję nauczyciela w szkole zmieniła zawiść. Ze strony dorosłych, bo przecież nie dzieci. Czego można zazdrościć nauczycielowi będąc rodzicem “na etacie” lub “w “biznesach”? Albo edukacyjnym urzędnikiem samorządowym lub rządowym? Tego wszystkiego, co jest w Karcie Nauczyciela. “Dwóch miesięcy wakacji”, “rocznego urlopu zdrowotnego” czy “pracy 18 godzin w tygodniu”. A przede wszystkim gwarancji zatrudnienia. Tego, że nauczyciel musiałby ucznia uderzyć albo przyjść pijany do pracy, żeby go zwolnić. No i podwyżek pensji. Na przestrzeni lat 2005-2013 wynagrodzenie zasadnicze stażysty wzrosło aż o 98%, nauczyciela kontraktowego o 72%, mianowanego o 54%. Najmniejszą podwyżkę w ciągu ostatnich 8 lat otrzymali nauczyciele dyplomowani, których płaca wzrosła o 50%. Kto by nie chciał dostawać tak wysokich podwyżek? A że bazowa kwota była śmiesznie mała i nawet teraz nauczyciel z 15 letnim stażem dostaje tyle pensji, ile „na dzień dobry” magazynier w centrum dystrybucyjnym Amazona? Rzecz jasna bez darmowych obiadów, dojazdów i prywatnej służby zdrowia .

Karta bita
Stąd już krok do wniosków, że nauczyciele to bumelanci z roszczeniowym podejściem do rzeczywistości. I że w domyśle należy ich ukarać. Pokazać “kto tu rządzi”. No i większość kadry zwolnić, bo nauczycieli “jest za dużo w stosunku do uczniów”. Wystarczy poczytać komentarze pod artykułami internetowymi na temat pracy nauczycieli. Albo posłuchać kolejne panie Minister Edukacji Narodowej, jak oceniają pracę swoich podopiecznych.

Przykład idzie w góry. W jednej z niedużych poznańskich szkół drugi rok z rzędu wypadł dobrze sprawdzian szóstoklasisty. Mimo tego, że w rejonie szkoły mieszkają rodziny niewydolne wychowawczo. Wśród przyczyn wiele składowych, m.in. wysoki odsetek bardzo dobrych uczniów podnoszących średnią, praca nauczycieli ze słabymi uczniami… Co robi w tej sytuacji Wydział Oświaty Urzędu Miasta? Może wysyła ekspertów, żeby sprawdzili czy to statystyczny zbieg okoliczności, czy może da się wyciągnąć „dobre praktyki”? Nic z tego – będzie kontrola, czy „w trakcie egzaminu są spełniane przewidziane prawem standardy”. No tak – pierwsze co się nasuwa urzędnikom, to że nauczyciele kantują? A może chodzi o to, że szkoła jest mała (tylko dwie klasy w poziomie) i komuś mogłoby przyjść do głowy, że nie warto zamykać małych szkół i tworzyć szkół-molochów?

Mówi się, że w wielu gminach ustawowe podwyżki dla nauczycieli “rozwaliły budżet”. Czy winny jest ustawodawca nie przekazujący samorządom odpowiednich środków na działania zlecone? Nie – to sami nauczyciele, którzy obstają przy zatrudnieniu “na Kartę” i nie chcą przejść na “tańsze” umowy cywilnoprawne w szkole prowadzonej na zlecenie gminy np. przez stowarzyszenie.

Koń Młynarskiego
Nie jestem fanem rozwiązań “socjalistycznych” na rynku pracy. Jednak żeby były rozwiązania wolnorynkowe, musi powstać wolny rynek. Realna rywalizacja szkół o pieniądze idące za uczniem – najlepiej w oparciu o jakość, o kryterium edukacyjnej wartości dodanej. Na razie w edukacji mamy realia “urzędów gminnych”. A w tym świecie Karta Nauczyciela jest często jedyną tarczą niezależności “gogicznej”. Jak z niej korzystają, to inna rzecz.

Bo niestety wspomniana na początku cierpliwość gron pedagogicznych odpowiada także za bierne przyjmowanie kolejnych ciosów ze strony dyrekcji szkół, organów założycielskich czyli samorządów oraz kolejnych urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ja bym nie wytrzymał i podniósł bunt na pokładzie nie raz i nie dwa razy. Można wskazać więc osoby najbardziej winne kiepskiej reputacji pedagogów. To sami nauczyciele. Podnoszą głos, kiedy trudno, aby liczyli na przychylność społeczną. Milczą wtedy, kiedy powinni coś powiedzieć . Nie powinni się przecież bać zabierać głosu, chociażby z tego powodu, że Karta Nauczyciela daje im przywilej faktycznej nieusuwalności. A za plecami mają dwa podobno potężne związki zawodowe, które mogą wspierać gronem ekspertów, prawników i analityków. Kiedy powinniśmy usłyszeć ich głos?

Zacznijmy od szarej nauczycielskiej codzienności czyli spotkań rad pedagogicznych. Dyrektor szkoły ewidentnie ustawia konkurs na wakat nauczyciela pod kątem znajomej. Albo zmniejsza świetlicę, żeby powiększyć swój gabinet. Kolega lub koleżanka beznadziejnie uczy, nie radzi sobie z uczniami i każdy o tym w szkole świetnie wie. Urząd gminy przysyła na radę szkoleniową kolejnego eksperta, który ma szkolić z czegoś, o czym nie ma zielonego pojęcia. Czy ktoś odezwie się w takich sprawach na Radzie? W najlepszym wypadku jedna, może dwie osoby. Jaki efekt? Cicho sza, a potem głęboka panika, kiedy przed szkołę zajeżdża wóz ekipy Uwaga TVN.

Idźmy dalej. Samorządy nie widzą celu inwestowania w edukację. Uznają szkoły za zło konieczne. Zamiast wykorzystać niż demograficzny do poprawy jakości edukacji, rady gmin i powiatów za wszelką cenę zwiększają liczebność klas, likwidują budynki szkolne no i zatrudniają nauczycieli “oby jak najtaniej”. Przysyłają komisje oderwane od szkolnej rzeczywistości, które mają szukać “haków” w ocenie szkoły. Efektem znane mi z dzieciństwa przepełnione sale lekcyjne, praca na dwie lub trzy zmiany i demotywacja nauczycieli. Co robią nauczyciele? Kładą uszy po sobie. Gdzie te wszystkie badania pokazujące faktyczny czas pracy nauczycieli? Analizy wykazujące na polskim gruncie związki pomiędzy nakładami na edukację, a zamożnością samorządów? Wykresy pokazujące zależność efektów edukacji od liczebności klas? Halo? Nie widzę. Nie słyszę.

No i bezradność wobec zakuwania nauczyciela w kaftan bezpieczeństwa. Co obecnie może zrobić “za karę” uczniowi?. Nic. Nie mówię o karach cielesnych, ale chociażby o przeniesieniu karnie do innej klasy albo szkoły. Można go dokonać, ale tylko za zgodą rodziców. Nie można też zostawić ucznia “po godzinach”. Nie da się go “skazać” na prace społeczne np. za zniszczoną ławkę. Zamiast szerokiej fali oburzenia na tę sytuację – wśród nauczycieli głucha cisza. To znaczy szeptanie po kątach.

Zawsze więc, kiedy słyszę narzekających na swoją dolę nauczycieli i zestawiam to z głosami krytyki na ich temat, przypomina mi się “Ballada o dwóch koniach” Wojciecha Młynarskiego. “Kto się stawia, ten ma z tego mimo wszystko jakiś zysk. A kto słucha i ulega, ten najpierwszy bierze w pysk.”

Sebastian Szczęsny

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry